Rainer Maria Rilke

Sonety do Orfeusza

Z części pierwszej

I

Wyrosło drzewo. O czystość wzrastania!
O, Orfeusz śpiewa! Wysokie drzewo w uchu!
Umilkło wszystko. Lecz i w przemilczeniu
początek nowy szedł, skinienie i przemiana.

Zwierzęta z ciszy wybiegły, z jasności
rozluźnionego lasu, z legowisk i gniazd;
i wraz się okazało, że nie z przebiegłości
ani nie z lęku były w sobie ciche tak,

lecz ze słuchania. Ryk i krzyk i wrzawa
wydały im się w sercach małe. I gdzie dotąd
chatynka ledwie ku słyszeniu stała,

kryjówka najciemniejszych ich pożądań
z chwiejnymi węgarkami u wylotu, —
świątynię tam stworzyłeś dla ich słuchu.

{Die Sonette an Orpheus, I/I, przeł. Andrzej Lam}
{Pierwodruk: „Elegie duinejskie i Sonety do Orfeusza”. Przeł. Andrzej Lam. Warszawa 2011}

II

To było niemal jak dziewczyna, która wyszła
z osobliwego szczęścia, ze śpiewu i liry,
i zajaśniała ze swych wiosennych welonów
i łoże sobie w moim uchu uczyniła.

I spała we mnie. Jej snem było wszystko.
Drzewa, com kiedyś je podziwiał, owa
dal namacalna, przeczuwana łąka
i to zdumienie, które mnie zdziwiło.

Śniła o świecie. Śpiewający boże,
jak tego dokonałeś, że nie chciała wcale
wpierw zaznać jawy? Wstała i usnęła.

Gdzie jest jej śmierć? O, czyżbyś chciał ten motyw
wynaleźć jeszcze, nim się pieśń twa stłumi? —
I dokąd znika ze mnie?… Ta dziewczyna niemal….

{Die Sonette an Orpheus, I/II, przeł. Andrzej Lam}
{Pierwodruk: „Elegie duinejskie i Sonety do Orfeusza”. Przeł. Andrzej Lam. Warszawa 2011}

III

Tak, Bóg to zdołał. Jak ma jednak, powiedz,
przejść za nim człowiek przez tę wąską lirę?
On zmysł ma rozdwojony. A na skrzyżowaniu
dwóch serca dróg świątyni nie ma z Apollinem.

Śpiew, co go uczysz, nie jest pożądaniem
ni krzykiem, aby rzecz się dokonała;
śpiew jest istnieniem. I Bogu jest łatwiej.
Lecz kiedy my jesteśmy? I kiedy on zwraca

w nasz byt i ziemię i gwiazdy niebieskie?
To nie jest to, młodzieńcze, że kochałeś,
nawet gdy głos ci usta otworzył do śpiewu, —

naucz się zapominać. To przemija wszak.
A śpiewać w prawdzie to jest inne tchnienie.
Tchnienie o nicość. Wianie w Bogu. Wiatr.

{Die Sonette an Orpheus, I/III, przeł. Andrzej Lam}
{Pierwodruk: „Elegie duinejskie i Sonety do Orfeusza”. Przeł. Andrzej Lam. Warszawa 2011}
Wersja zmieniona przez tłumacza w stosunku do pierwodruku}

IV

O czuli, wchodźcie niekiedy śmielej
w oddech, co waszych ust nie spragniony,
niech się na waszych policzkach rozdzieli,
drży poza wami, znów połączony.

O wy zbawieni, o pełni chwały,
jakbyście byli serca zarodem.
Łuki dla grotów i cele strzały,
przez łzy świecicie uśmiechem młodym.

Niech was ciężary żadne nie trwożą,
znów je oddajcie ziemskiej planecie;
ciężkie są góry, ciężkie są morza.

Nawet w dzieciństwie zasiane w ziemię
drzewa zbyt ciążą: nie udźwigniecie.
Ale powietrza… ale przestrzenie…

{Die Sonette an Orpheus, I/IV, przeł. Mieczysław Jastrun}
{Pierwodruk: „Poezje”. Przeł. Mieczysław Jastrun. Kraków 1974, 1987, 1993}

V

Pomników nie stawiajcie. Tylko róże
każdego roku niech mu rozkwitają.
Bo tym Orfeusz jest. I trwaniem i przemianą
raz w to, raz w to. Więc się nie troszczmy dłużej

o inne imię. Bo już raz na zawsze
Orfeusz jest, gdy śpiewa. Zjawia się i znika.
Czy to nie dosyć, gdy koronę róży
o parę dni przeżyje, kiedy ta usycha?

O jak on znikać musi, byście to pojęli!
Bo sam jest zatrwożony, że tak znika.
Gdy jego słowo wznosi byt tutejszy,

on jest już tam, gdzie wy go nie spotkacie.
Już krata liry dłoni mu nie więzi.
I pilnie nasłuchuje, gdy granicę mija.

{Die Sonette an Orpheus, I/V, przeł. Andrzej Lam}
{Pierwodruk: „Elegie duinejskie i Sonety do Orfeusza”. Przeł. Andrzej Lam. Warszawa 2011}

IX

Tylko kto lirę wzniósł
też pośród cieni,
ten nieskończony hołd
godnie wypełni.

Kto z umarłymi mak
jadał z ich grzędy,
tego najlżejszy ton
nie zdradzi nigdy.

Choćby widmo w jeziorze
się rozpłynęło:
Obrazu strzeż.

Bo w oboim żywiole
głosy dopiero
idą przez wiek.

{Die Sonette an Orpheus, I/IX, przeł. Andrzej Lam}
{Pierwodruk: „Elegie duinejskie i Sonety do Orfeusza”. Przeł. Andrzej Lam. Warszawa 2011}

X

Was, obecne zawsze w mej pamięci,
witam, starożytne sarkofagi,
które z rzymskich czasów wody
opływają jak wędrowne pieśni.

Też te otwarte, niczym oko
pasterza, który się zbudził wesoły,
— pełne ciszy i pszczelego soku —
skąd właśnie frunął motyl zachwycony;

wszystkie wyzbyte próżnego zwątpienia
witam, na nowo otwierane usta,
które poznały, co milczenie znaczy.

Wiemy to, przyjaciele, czy nie wiemy może?
Jedno i drugie godzina niespieszna
Na ludzkiej rzeźbi twarzy.

{Die Sonette an Orpheus, I/X, przeł. Andrzej Lam}
{Pierwodruk: „Elegie duinejskie i Sonety do Orfeusza”. Przeł. Andrzej Lam. Warszawa 2011}

XIV

Pielęgnujemy kwiaty, grona i owoce.
Nie tylko mową lata mówią coś wytrwale.
Z ciemności wstaje objawienie barwne
i blask zazdrości błyśnie na nim może

umarłych, którzy ziemi dają siłę.
O ich udziale cóż naprawdę wiemy?
To ich odwieczny zwyczaj, aby glinę
swą wolną kością przenikać do głębi.

Pytanie tylko: czy są temu chętni?
Czy owoc grozi, niewolników dzieło,
ich dumnym panom zaciśniętą pięścią?

Czy są panami ci, co śpiący u korzeni
ze swych nadmiarów niosą w podarunku
coś z niemej siły i coś z pocałunku?

{Die Sonette an Orpheus, I/XIV, przeł. Andrzej Lam}
{Pierwodruk: „Elegie duinejskie i Sonety do Orfeusza”. Przeł. Andrzej Lam. Warszawa 2011}

XV

Czekajcie…, to smakuje… I zaraz ucieka.
… Muzyki mało; tupot i brzęczenie —;
Dziewczęta, ciepłe, o dziewczęta nieme,
zatańczcie smak owocu, co długo dojrzewa!

Zatańczcie pomarańczę. Któż zapomnieć mógłby,
jak tonąc w sobie, broni się zarazem
przed swą słodyczą. Wyście ją posiadły.
Ona się ku wam zwróciła z oddaniem.

Zatańczcie pomarańczę. Krajobraz odrzućcie
cieplejszy, aby zalśnił ten dojrzały
w ojczystej aurze! Rozżarzył w swym wnętrzu

zapachy wśród zapachów. I skojarzcie wprawnie
czystą łupinę, broniącą dostępu,
z tym sokiem, który szczęśliwą poczuje!

{Die Sonette an Orpheus, I/XV, przeł. Andrzej Lam}
{Pierwodruk: „Elegie duinejskie i Sonety do Orfeusza”. Przeł. Andrzej Lam. Warszawa 2011}

XVII

Wczesny przodek najniżej
tych, co się pięli,
korzeń, źródło ukryte
bijące w ziemi.

Hełm w boju, rogu zew,
nad starcem kłótnie,
nagły braterski gniew,
dziewy jak lutnie…

Konar na konar ciśnie,
nigdzie nie wolny….
Jeden! O, pnij się… pnij się…

Lecz się łamią co chwilę.
Dopiero ten najwyższy
zgina się w lirę.

{Die Sonette an Orpheus, I/XVII, przeł. Andrzej Lam}
{Pierwodruk: „Elegie duinejskie i Sonety do Orfeusza”. Przeł. Andrzej Lam. Warszawa 2011}

XXI

I znów nastała wiosna. Ziemia
jest niby dziecko, które wiersze czyta;
dużo, o dużo… A za utrudzenia
długiej nauki nagrodę otrzyma.

Preceptor był surowy. A nas biel wabiła
na brodzie tego starca dostojnego.
Teraz o zieleń, o niebieskość pytać
możemy śmiało: ona wie, dlaczego!

Masz wolne, ziemio szczęśliwa, więc baw się
beztrosko z dziećmi. My chcemy cię schwytać,
wesoła ziemio. Najweselsze złapie.

O, czego mistrz ją uczył w długich chwilach
i co jest drukowane w splątanych korzeniach,
i w pniach olbrzymich: wyśpiewa, wyśpiewa!

{Die Sonette an Orpheus, I/XXI, przeł. Andrzej Lam}
{Pierwodruk: „Elegie duinejskie i Sonety do Orfeusza”. Przeł. Andrzej Lam. Warszawa 2011}

XXII

Ciągle gdzieś gnamy.
Lecz czasu krok
to postęp mały
w tym, co trwa wciąż.

Wszystko, co spieszy,
rychło przeminie;
a nas uświęci
trwałość jedynie.

Niech nie porywa
was śmiały lot
ni szybki start.

Wszystko spoczywa:
światło i mrok,
księga i kwiat.

{Die Sonette an Orpheus, I/XXII, przeł. Andrzej Lam}
{Pierwodruk: „Elegie duinejskie i Sonety do Orfeusza”. Przeł. Andrzej Lam. Warszawa 2011}

XXIV

Mamy-ż starą tę naszą przyjaźń, tych wielkich
nigdy niewerbujących bogów, że ich hartowna
stal, którą wytwarzamy, nie zna, odrzucić
lub niespodzianie na innej szukać ich mapie?

Potężni ci przyjaciele, którzy od nas umarłych
przyjmują, nigdzie na naszych nie wożą się kołach.
Nasze uczty odbywamy daleko —, nasze łaźnie
ukryliśmy, a ich zbyt dla nas wolnych posłańców

prześcigamy od dawna. Samotni, skazani na siebie,
obcy sobie, nieznający się wzajem,
nie prowadzimy już ścieżek jak piękne meandry,

lecz w linii prostej. Jeszcze tylko w kotłach parowych
wrą dawne ognie, wznoszą się młoty, coraz to
większe. My zaś wciąż z sił opadamy, pływacy.

{Die Sonette an Orpheus, I/XXIV, przeł. Andrzej Lam}
{Pierwodruk: „Elegie duinejskie i Sonety do Orfeusza”. Przeł. Andrzej Lam. Warszawa 2011}

XXVII

Naprawdę jest czas, ten wszystko niszczący?
Kiedyż, na górze spokojnej, zamek rozkruszy?
Serce, do bogów całkiem należące,
Kiedyż nam demiurg stłumi?

Czyśmy naprawdę tak trwożliwie wiotcy,
jakimi los nas w istocie chce czynić?
Dzieciństwo, tak głębokie i obiecujące
w korzeniach, jestże — potem — ciche?

Ach, widmo przemijania,
tego, kto się nie wzbrania,
przenika jak dym.

Jako ci, którzy jesteśmy, czyniący,
uchodzimy wszak dla tu zostających
mocy za boski czyn.

{Die Sonette an Orpheus, I/XXVII, przeł. Andrzej Lam}
{Pierwodruk: „Elegie duinejskie i Sonety do Orfeusza”. Przeł. Andrzej Lam. Warszawa 2011}

Z części drugiej

I

Oddechu, poemacie niewidzialny!
Wciąż wokół własnego
bytu wymieniana przestrzeń świata. Przeciwwaga,
w której objawiam się rytmem.

Jedyna fala, której
rosnącym morzem jestem;
ty najskromniejsze ze wszystkich możliwych mórz, —
pozyskana przestrzeń.

Ileż tych miejsc przestrzeni już było
we mnie wcześniej. Niektóre wiatry
jak syny są mi znów.

Poznajesz mnie, eterze, pełen miejsc mych dawnych?
Ty, gładka kiedyś koro,
Okrągłość i kartka mych słów.

{Die Sonette an Orpheus, II/I, przeł. Andrzej Lam}
{Pierwodruk: „Elegie duinejskie i Sonety do Orfeusza”. Przeł. Andrzej Lam. Warszawa 2011}

III

Lustra: nikt jeszcze nie zdołał opisać,
czym wy jesteście w ukrytej istocie.
Wy, jak dziurami rozlicznymi sita
międzyprzestrzenie czasu zapełnione.

Wy, sali jeszcze pustej trwoniciele –,
gdy świt się budzi, jak lasy w oddali...
I świecznik jak szesnastorogi jeleń
idzie ostępem waszym niezbadanym.

Czasem jesteście malowideł pełne.
Niektóre jakby weszły kiedyś w was –,
inne lękliwie słałyście na stronę.

Lecz najpiękniejsza w was zostanie –, aż
świetlisty Narcyz wtargnie bezszelestnie
w jej lica, które trwają tam uśpione.

{Die Sonette an Orpheus, II/III, przeł. Andrzej Lam}
{Pierwodruk: „Elegie duinejskie i Sonety do Orfeusza”. Przeł. Andrzej Lam. Warszawa 2011}

IV

O, to jest zwierzę, które nie istnieje.
Nic o nim nie wiedzieli, lecz przezornie
kochali jego wędrowanie, ruchy, szyję,
a także jego oczu światło uciszone.

Wszak go nie było. Lecz że je kochali,
zwierzęciem było czystym. I dali mu przestrzeń.
A w tej przestrzeni, jasnej i oszczędnej,
podniosło lekko głowę. Nie musiało wcale

być. Więc go ziarnem żadnym nie karmili,
lecz tylko możliwością, że być może.
Ta zaś natchnęła zwierzę taką siłą,

że wypuściło z siebie róg na czole.
Z tym rogiem przyszło białe do dziewicy —
i było w srebrym lustrze i w niej było.

{Die Sonette an Orpheus, II/IV, przeł. Andrzej Lam}
{Pierwodruk: „Elegie duinejskie i Sonety do Orfeusza”. Przeł. Andrzej Lam. Warszawa 2011}

VI

O różo, tronująca, która starożytnym
byłaś kielichem z najprostszą krawędzią,
a dla nas jesteś panią najhojniejszą,
niewyczerpaną w ubiorze rozlicznym,

w swoim bogactwie jak suknia za suknią
na ciele, które jest samym jaśnieniem;
lecz każdy płatek jest też zaprzeczeniem,
wszelkiego stroju odmową cichutką.

Od wieków wzywa nas twój zapach silny
najpiękniejszymi słodkimi imiony;
wreszcie jak chwała w powietrzu się snuje.

Lecz nie umiemy go nazwać, myślimy…
I wnet wspomnienie się doń chyli czule,
u niezatartych godzin uproszone.

{Die Sonette an Orpheus, II/VI, przeł. Andrzej Lam}
{Pierwodruk: „Elegie duinejskie i Sonety do Orfeusza”. Przeł. Andrzej Lam. Warszawa 2011}

XII

Pragnij przemiany. O zachwyć się śmiało płomieniem,
w którym umyka ci rzecz rozbłysła w metamorfozie;
ów duch projektujący, kształtujący co ziemskie,
lubi w ruchu figury punkt, który zmienia ją w zwrocie.

Co się w trwaniu zamyka, to kostnieniu podlega;
czy pod strażą szarzyzny pewniejsze być się sądzi?
Uważaj, to co twardsze z dala co twarde ostrzega.
Biada —; młot nieobecny się wznosi!

Kto się jak źródło rozlewa, tego poznanie poznaje;
wiedzie go w zachwyceniu przez stworzenia pogody,
które się często zamyka w początku, zaczyna się w kresie.

Każda przestrzeń szczęśliwa jest dzieckiem lub wnukiem rozłąki.
Idą przez nią zdumieni. A przemieniona Dafne
pragnie, odkąd jest laurem, byś ty przemieniał się w wietrze.

{Die Sonette an Orpheus, II/XII, przeł. Andrzej Lam}
{Pierwodruk: „Elegie duinejskie i Sonety do Orfeusza”. Przeł. Andrzej Lam. Warszawa 2011}

XIV

Patrz na kwiaty, wierne temu co ziemskie,
którym użyczamy losu z losu krawędzi, —
ale kto wie! Gdy płaczą nad swym więdnieniem,
tak, być ich żalem i do nas należy.

Wszystko chce lotu. A my z ciężarem chodzimy,
kładziemy go na wszystko, lubimy to brzemię;
jakimż jesteśmy rzeczom mistrzem dolegliwym,
bo dla nich wieczne dzieciństwo jest szczęściem.

Gdyby ktoś wziął je w sen wewnętrzny i zasnął
głęboko pośród rzeczy —: jak by przeszedł stąd,
już inny, w nowy dzień, z głębiny zaznanej.

Lecz może niech zostanie; niech kwitną i sławią
jego, nawróconego, równego im samym,
cichym braciszkom w wietrze letnich łąk.

{Die Sonette an Orpheus, II/XIV, przeł. Andrzej Lam}
{Pierwodruk: „Elegie duinejskie i Sonety do Orfeusza”. Przeł. Andrzej Lam. Warszawa 2011}

XXV

Lecz ciebie chcę teraz, ciebie, którą znałem
jak kwiat niewiadomego mi imienia
raz jeszcze przypomnieć, i w kształcie zmartwychpowstałym
ukazać im, uczestniczkę krzyku nie do zwalczenia.

Tancerka wpierw, która nagle swoje ciało trwożne
zatrzymała, jakby wlano spiż w jej istnienie dziewczęce,
smutna i zasłuchana — kiedy z woli przemożnej
wtargnęła muzyka w jej przemienione serce.

Już bliska była choroba. Już owładnięta jej cieniem
krew napierała mroczna, lecz podejrzliwie i z drżeniem
ku naturalnej wiośnie parła popędem samym,

wciąż hamowana ciemnością, upadkiem, dławionym porywem,
świeciła ziemskim blaskiem. Aż biciem serca straszliwym
weszła w otwartą bez nadziei bramę.

{Die Sonette an Orpheus, I/XXV, przeł. Mieczysław Jastrun}
{Pierwodruk: „Poezje”. Przeł. Mieczysław Jastrun. Kraków 1974, 1987, 1993}

XIX

Gdzieś mieszka złoto w banku dobrze strzeżonym
i z tysiącami się spoufala. Lecz tamten
ślepiec, ten żebrak, jest nawet dla dziesiątki miedzianej
jak zatracone miejsce, pod szafą kąt zakurzony.

W tych sklepach wzdłuż ulicy złoto się czuje jak w domu:
przebiera się w jedwab, goździki, futro — i żąda.
On zaś, milczący, stoi w przerwie oddechu
wszystkim tym dyszącego na jawie i we śnie pieniądza.

O, jak ma zamknąć się w nocy ta ręka zawsze otwarta.
Jutro znów los ją odnajdzie jak zawsze, i co dzień
będzie się wyciągała: jasna, krucha i biedna.

Żeby czasem choć jeden spojrzał na nią przechodzień,
pojął i sławił zdumiony. Śpiewak ją tylko wyśpiewa.
Boskości tylko słyszalna.

{Die Sonette an Orpheus, II/XIX, przeł. Andrzej Lam}
{Pierwodruk: „Elegie duinejskie i Sonety do Orfeusza”. Przeł. Andrzej Lam. Warszawa 2011}

XXI

Śpiewaj ogrody, serce, których nie znasz wcale;
jak w szkło wtopione ogrody, niedotykane.
Wody i róże z Isfahanu lub Szirazu,
śpiewaj je śmiało, sław je, nieporównane.

Okaż, serce, że nigdy ich braku nie czujesz.
Że wiedzą o tobie, dojrzewające ich figi.
Że wśród gałęzi kwitnących, w liści szumie,
w niemal widzialnym tchnieniu obcujesz z nimi.

Porzuć ten błąd, że ciągle ci czegoś brakuje,
by wreszcie postanowić — tak, to właśnie: być!
Nitko jedwabna, oto już weszłaś w tkaninę.

Z jakimkolwiek obrazem połączysz się tkliwie
(nawet jeśli ci chwile udręki gotuje)
pomyśl: w nim cały dywan wystawny się skrył.

{Die Sonette an Orpheus, II/XXI, przeł. Andrzej Lam}
{Pierwodruk: „Elegie duinejskie i Sonety do Orfeusza”. Przeł. Andrzej Lam. Warszawa 2011}v

XXIX

Cichy przyjacielu wielu dali, poczuj,
jak twoje tchnienie ich przestrzeń pomnaża.
W mrocznym łożysku twego belkowania
rozdzwoń się śmiało. Co się żywi tobą,

stanie się mocne przez to pożywienie.
W ciągłej przemianie pozyskasz swą siłę.
Co jest bolesnym twoim doświadczeniem?
Jeśli ci napój gorzki, stań się winem.

Bądź tej nocy z twórczego nadmiaru
cudowną różdżką w twych zmysłów godzinie,
sensem w osobliwym ich spotkaniu.

A kiedy cię zapomni to, co ziemskie,
do cichej ziemi powiedz: Płynę.
Do bystrej wody powiedz: Jestem.

{Die Sonette an Orpheus, II/XXIX, przeł. Andrzej Lam}
{Pierwodruk: „Elegie duinejskie i Sonety do Orfeusza”. Przeł. Andrzej Lam. Warszawa 2011}