Tak wytężeni przeciw silnej nocy
Tak wytężeni przeciw silnej nocy
rzucają swoje głosy na pośmiewisko,
co pali jak ogień. O zbuntowany świat,
pełen odmowy. Lecz oddycha przestrzenią,
w której chodzą gwiazdy. Patrz, to
się stać nie musiało, mogło, ku dali
obcej zwrócone, w tym bezkresie
się wydarzyć, daleko od nas.
A teraz spoczywa i sięga naszej twarzy
jak wzrok kochanki; otwiera się ku
nam na spotkanie i być może prószy
na nas swój byt. A myśmy tego niegodni.
Może odbiera aniołom trochę mocy,
by podało się ku nam gwiaździste niebo
i zawiesiło nas wśród mglistego losu.
Daremnie. Bo któż to dostrzeże? I gdzie będzie
czekający: kto jeszcze ku obszarom nocy
skłoni czoło jak ku własnemu oknu?
Kto nie zaparł się tego? Kto nie przydał
temu przyrodzonemu żywiołowi
sfałszowanych, marnych, wtórnych nocy
i się tym nie rozkoszował?
Pozwalamy stać bogom, gdzie się piętrzą śmieci,
gdyż bogowie nie wabią. Oni mają byt,
nic poza bytem, bezkres bytu,
ale bez węchu, gestu. Nic nie jest tak nieme
jak usta Boga. Pięknie jak łabędź
na bezdennej powierzchni swojej wieczności:
tak sunie Bóg i się nurza, strzeże swej bieli.
Wszystko uwodzi. Nawet mały ptak nas
przynagla ze swego dziewiczego listowia,
kwiat szuka przestrzeni i ku nam dąży;
a czegóż to nie chce wiatr? Tylko Bóg,
jak kolumna, pozwala mijać, dzieląc
tam wysoko, gdzie dźwiga, na obie strony
lekkie sklepienie swojej równowagi.
{So angestrengt wider die starke Nacht, Verstreute Gedichte, przeł. Andrzej Lam}