Do Marie von Thurn und Taxis, w Dzień Zaduszny 1912 roku

Toledo
w Dzień Zaduszny 1912 roku

Księżno, dla Pani pierwsze słowo, niech będzie to – Nadzieja, i jeśli wolno mi zarazem znów wypowiedzieć życzenie: obym czas długi nie poznał żadnego innego, w tym jednym bowiem pragnę bez lęku zanurzyć się nieskończenie.

Nigdy nie zdołam wyrazić, jak wygląda to miejsce, droga Przyjaciółko (to język aniołów, co zagościli pośród ludzi), lecz musi mi Pani uwierzyć na słowo, iż ono istnieje, istnieje naprawdę. Nie sposób go opisać, napełnia je harmonia; teraz rozumiem legendę, mówiącą, iż Bóg, stworzywszy czwartego dnia Słońce, rozjaśnił nim niebo nad Toledo – tak gwieździsta aura spowija to niezwykłe miejsce, tchnące w dal, ku przestrzeni. Wiele miejsc już zwiedziłem, wchłonąłem wszystkie wrażenia, jakbym od jutra miał je znać na zawsze… obydwa mosty, rzekę, a ponad nimi tę niezmierzoną obfitość krajobrazu, dającą się objąć spojrzeniem jak coś, co wciąż podlega kształtowaniu. I owo szczęście pierwszych dróg, jakie poddaje się próbie, niewymowne poczucie nieomylności kroku, jak gdyby za rękę prowadził jakiś niewidzialny przewodnik – oto, wyobraź sobie Pani, skręciłem w zaułek Santo Tomé, po czym przeszedłem uliczką Anioła (Calle del Angel), która zawiodła mnie przed fasadę kościoła San Juan de los Reyes; na jego murach widniały kajdany uwięzionych i wyzwolonych, zwisające rzędami lub spoczywające na gzymsach. Pasza opowiadał mi w Monachium, iż z kart bedekera wiedział już o istnieniu kościoła okutego w łańcuchy – nie przypominając sobie jednak, iżby widział go był wówczas na własne oczy. Teraz zaś przede wszystkim pragnąłem go odnaleźć. A potem podążać dalej, nigdzie nie zdać się na łaskę przypadku; człowieka ogarnia wręcz ochota, by obejrzeć się wokół, w obliczu takiego odkrywania, jakby chcąc się przekonać, któż właściwie spogląda, komu sprawia się tym radość, tak jak dzieci rozglądają się, kiedy czegoś się uczą.

Czuję w duszy bolesną udrękę; gdybym tylko mógł uderzyć we właściwy ton. To tutaj po raz pierwszy potrafię sobie wyobrazić, iż można po prostu chodzić i pielęgnować chorych, dzień za dniem przemierzając ulice tego miasta, że można skręcić w jakiś wąski zaułek i schronić się przed wzrokiem nieznajomych; wszystko sięga tutaj granic wyrazistości. Wszelako poza obrębem tego niezrównanego miasta, ledwie sto kroków dalej, realna staje się myśl, iż na jednej spośród tych niezatajonych dróg można spotkać lwa i ujarzmić go jakimś mimowolnym gestem. Życie tutejsze zda się toczyć między tymi dwoma wyobrażeniami.

Mój Boże, jakże wiele rzeczy ukochałem dlatego, że próbowały stać się częścią tego doświadczenia, że ich serca ożywiała kropla tej krwi – teraz zaś jest oto wszystka. Czy zdołam wytrwać?

Dziś już ni słowa więcej, Księżno; dotarłem tu o dziesiątej rano, przesiadłszy się po drodze jedynie w Madrycie (któren wydał mi się równie odpychający co Triest) – teraz dochodzi siódma i zapada wieczór, kończąc dzień długi niczym Genesis. Zatrzymałem się w Hôtel de Castilla, który uchodzi tu za najlepszy i wydaje się odpowiedni.

Ślę mnóstwo pozdrowień dla Pani i Księcia; gdzie teraz gościsz, Pani? Czy dopisuje zdrowie? Ranek był nader chłodny, przeraziłem się niemal, że tak późno przyjechałem, lecz za dnia słońce rozświetla całą przejrzystość tutejszego nieba. Dość już, owładnia mną uzasadnione znużenie, pozbawiając mnie Pani towarzystwa.

Adieu, adieu
Pani D.S.

przeł. Dariusz Guzik

{Przekład tego listu został opublikowany w czasopiśmie Topos, nr 1-2/2007}