Do Marie von Thurn und Taxis, 24 lutego 1915 roku

Irschenhausen bei Ebenhausen, Isarthal, Landhaus Schönblick, 24 lutego 1915 [środa]

Droga księżno,
co mam powiedzieć, cóż, vous comprenez même sans mot, znowu prześladuje mnie nieszczęście, M[agda] v[on] H[attingberg] nie jest niczemu winna (w Berlinie widywałem ją mało, a nie piszemy do siebie prawie wcale), ale - - -, jak zwykle niepoprawny, próbowałem od tamtej pory raz jeszcze być nie sam – i będę miał kiedyś wiele do opowiedzenia, albo nic, bo to, co daje się wypowiedzieć, to Pani wie, księżno, dostrzega, i chodzi cały czas o ten sam przykry moment znalezienia się pod ciężarem innego życia, które znowu okazuje się czymś obcym i które ze swoim zagmatwaniem i bezradnością ponownie staje się tylko przykładem na prawie-niemożliwość życia, tu i tam, w każdym, a szczególnie we mnie. Chciałbym pomagać i oczekuję, że ktoś mi pomoże, to największe nieporozumienie, że ludzie uważają mnie za kogoś, kto pomaga, podczas gdy ja zwabiam ich tylko w pułapkę mojej pozornej pomocy, aby wykrzesać z nich wsparcie dla mnie samego. Bóg wie, jak to się skończy – wszystko wyglądało tym razem lepiej, możliwiej, póki nie pojawiły się okoliczności zewnętrzne, niczego jeszcze nie można przewidzieć, będę musiał raz jeszcze się ratować, ale nie chcę zostawiać za sobą zniszczenia i nieszczęścia. Ach, księżno, dosyć na tym, to i tak już za wiele, może sobie Pani wyobrazić, co przeżywam, do tego w tym otoczeniu, na tym tle, do którego człowiek prawie się przyzwyczaja, by potem nagle się ocknąć – to przeciwieństwo uczucia, z którym budzimy się ze strasznych snów widząc, że jest wokół nas cichy pokój i spokojna noc i nie ma powodu do lęku: teraz każdego dnia, każdej nocy człowiek doświadcza czegoś przeciwnego, złe sny się sprawdzają, rzeczywistość jest od nich nawet gorsza: człowiek budząc się widzi, że sen był prawdą, że podnosi się dalej i zalewa wszystko. Jak wielki porządek, ład i samotność trzeba by było wcześniej w sobie wykształcić, by potrafić znieść ten czas – a wie Pani, księżno, jak to u mnie wyglądało.

Często miałem ochotę do Pani napisać, ale napisanie najmniejszego słowa kosztuje mnie tyle, jakbym musiał je paznokciami wydrapać w granicie.

Następnego dnia po tym, jak w Berlinie odwiedził mnie książę (bardzo dobrze mi zrobiło, że się wobec niego tak otwarcie wypowiedziałem!) wróciłem na pilne wezwanie do Monachium, na dwa, trzy dni, jak mi się zdawało. Prawdopodobnie wrócę jednak wkrótce znowu do Berlina, większość moich rzeczy jeszcze tam jest, miałem różne plany, które były bliskie urzeczywistnienia, zapowiadało się to znośnie, chociaż Berlin jest sam w sobie wyczerpujący i kapryśny, nachalny i bezwstydny, a jego bezwzględna rozległość podkopuje siły. (Że też musieliśmy się tak minąć wtedy, gdy przyjechałem!) Słowem nie wiem, co dalej, siedzę na razie na wsi, godzinę od Monachium, każę owijać się w koce i leżę, gdy to tylko możliwe, na balkonie wystawiony na zimowe słońce, bez żadnej zdrowej myśli w głowie i bez czucia, wprawdzie nie chory, ale tak zmęczony, że żyję jakby po drugiej stronie snu… Wieczorami przemagam się i czytam Flauberta, korespondencję (szczególne są te listy z lat 70/71: jestem obecnie w bardzo podobnym usposobieniu), przedtem czytałem Strindberga, który jest kolosem na glinianych nogach, tułów ma jednak bardzo solidny.

Mniej więcej przed ośmioma dniami, zanim znowu tu przyjechałem, miałem w Monachium bardzo dziwne spotkanie z Aretinem; gdybym został jeszcze w Monachium, widywałbym go częściej: trudno Pani sobie wyobrazić, jaki on właściwie jest, ten człowiek, który pisze biografię jakiejś obojętnej mu gwiazdy ósmego rzędu i utrzymuje pod tym pretekstem stosunki ze wszystkimi słońcami, mając w każdym razie jeszcze zupełnie inne zamiary.

Paplę tu najwyraźniej i rozpisuję się raczej niż piszę, a przecież chciałem właściwie tylko Pani podziękować, że nie postawiła Pani kreski na tym milczku, jakim jestem, i odpowiedziała w sprawie „Korneta”. Entre nous soit dit: nie za bardzo podoba mi się ta usilna troskliwość pani v[on] H[attingberg], byłem zadowolony, że sprawa lipska jest już zakończona, ale najwyraźniej tego rodzaju przedstawienia są dla niej wielką (i w gruncie rzeczy niewinną) radością, tak że nie chciałbym być tu przeszkodą; może również w interesie pana Pásztory kolejne przedstawienie byłoby pożądane. Krótko mówiąc: zgadzam się, muszę tylko powiadomić o tym wydawnictwo Insel, z którym jestem o tyle związany, że przekazałem mu (chcąc mieć z tym spokój) prawo do podejmowania decyzji we wszystkich tego rodzaju przypadkach. Z pewnością zgodzi się na to, na co ja się zgadzam, tak że obecna deklaracja może być bezwarunkowo potraktowana jako moja zgoda. Piękna sala i tyle dobrej woli u wykonawców – nie miałbym serca odmówić, mam jednak cichą nadzieję, że M[agda] v[on] H[attingberg] poprzestanie na tych dwóch triumfach. Ciekaw jestem, jakie wrażenie zrobi na Pani muzyka Pasztory’ego, miejscami jest na pewno piękna, quoique parfois elle donne au texte une interprétation quelque peu mollasse (np. w akompaniamencie do listu: „Moja dobra matka…” itd.); gdy pani v. H. w Monachium zagrała mi to sama recytując słowa, powiedziałem sobie od razu, że w ten sposób mogę oczywiście dostrzec tylko to, co mi sugeruje; choć jednocześnie nie sądzę, by nawet najdoskonalsze wykonanie mogło wznieść się ponad melodramatyczną dwuznaczność i dwupłciowość tej muzyki; jest to najwyraźniej współobecność, ciągła konkurencja muzyki i słowa, ten rodzaj sztuki jest sam w sobie dyletancki, nie można go brać poważnie: o tyle całe to przedsięwzięcie budzi moje wątpliwości; jeśli pogodzimy się na chwilę z jej istnieniem, to rozwiązanie proponowane przez Pasztory’ego może być właśnie na tę chwilę nawet interesujące. Nawiasem mówiąc czytałem kiedyś w Berlinie w małym kółku (u pani v. Boddien) Korneta (po raz pierwszy od bardzo dawna!), pięknie to wyszło, a jego własny tok jest właściwie wystarczająco muzyczny – (Ceci encore entre nous).

Ale dosyć już, księżno. Niech Pani przekaże księciu serdeczności, jak również Erichowi i całej rodzinie, która jest teraz u Pani. Co Pani w ogóle robi, co Pani czyta? Była Pani w Duino: często wędrowałem tam myślami, gdyby to była zwyczajna zima, z pewnością poszukałbym tam schronienia przed prześladującym mnie bezładem. Ainsi, je ne sais pas ce qui sera de moi: chciałbym być sam, sam, znaleźć czas na studia, jusqu’ au moment où le cœur se comprend - -. Nawet w Berlinie nie jestem jak dla mnie dość sam. Muszę Pani jeszcze wyznać, księżno, że w Monachium nie mogąc do Pani pisać często otwierałem rozkład jazdy pociągów i pocieszałem się faktem, że w razie potrzeby mógłbym wyjeżdżając w południe z Monachium wieczorem znaleźć się u Pani. Była to tylko nadzieja wznosząca się ponad beznadziejnością spraw ziemskich. Pia kilkukrotnie pisała z Frassanelle. Gdybym mógł pisać listy, to oprócz Pani napisałbym jeszcze do niej i do hrabiego Wallis: co też się u niego obecnie dzieje? Niech Pani wybaczy marność tego listu: winna temu jego długość oraz kłopoty Pani niepoprawnego
D. S.

Listy na razie słać najlepiej na adres: Monachium, Finkenstr. 2IV

przeł. Tomasz Ososiński

← {powrót do listy korespondencji}

Napisz komentarz