Toledo, Hôtel de Castilla, niedziela, [17.11.] 1912
… dostał nas w swoje ręce bardzo przenikliwy chłód i nic nie wydaje mi się równie nieuniknione, co ten przenikający wszystko mróz, wobec którego jestem równie bezbronny jak jakiś młody pies, o którym nie zdecydowano jeszcze nawet, jak będzie się nazywał. Straszne. I tym razem nie jest to skutek mojej beztroski w kwestii ogrzewania, wiem, można rozpalić ogień na kominku, ale to znowu staje się dla mnie źródłem innych nieprzyjemności, znoszę więc tę naturalną dolegliwość i cierpliwie marznę. Kiedyś jeszcze jakoś będę musiał zostać wynagrodzony za ten przejaw szczerości i poddania…
Czytam obecnie wiele różnych rzeczy, życie Cervantesa po hiszpańsku (to pierwsza tego rodzaju próba), moją Angelę da Foligno, przez którą posuwam się bardzo powoli, wieczorem stare francuskie wydanie Contes de Hoffmann, które tu znalazłem, ale najbardziej zajmuje mnie Fabre d’Olivet, którego dwie rzeczy zapisałem jednemu znajomemu Pii Valmarany; książki te, które miały trafić prosto do niego, przypadkiem zostały wysłane do mnie, nie mogłem się powstrzymać, by do nich nie zajrzeć, a zaglądanie zaczęło obejmować całe strony i przerodziło się w czytanie. To szczególna postać, do zadania, jakie ten człowiek sobie postawił, nie mógł, że tak powiem, w ogóle przystąpić, jego dzieła (na ile mogę to ocenić) zawierają zaledwie prace wstępne, ale wstępy te, w których dochodzi do głosu to, do czego cała ta praca mogła być może kiedyś doprowadzić, gdyby życie ludzkie trwało pięć albo dziesięć razy dłużej - wstępy te są bardzo zaskakujące i pod wieloma względami, jeśli się nie mylę, słuszne w sposób tak trwały, że wyznaczone tam kierunki dla wielu będą musiały pozostać w mocy. Po raz pierwszy mam wrażenie, że istniał ktoś, kto miał właściwe pojęcie o antycznych misteriach, istocie ich przekazów i tajemnic, częściowo intuicyjnie, częściowo dzięki temu, że niesłychana zdolność adaptacji otworzyła mu z czasem wszystkie języki, w których zachowały się najstarsze wskazówki – zaczęło się od arabskiego, a potem jedna po drugiej pękają pieczęcie, tak że czuje się on jak współczesny ludziom żyjącym przed budową pewnej wieży, która zakończyła się wielkim pomieszaniem. Potrafiąc w ten sposób korzystać ze źródeł Fabre mógł myśleć o napisaniu całościowej historii Ziemi – ale oczywiście zacząć musiał od przygotowań, których nikt wcześniej w tym celu właściwie nie robił – i na tych przygotowaniach, w których mu często przeszkadzano, które często przerywał, zapewne też z własnej winy, minęło mu życie; życie, w którego pęknięciach osadziła się patyna wielu pogłosek – zdaje się, że znaleziono go z przebitym sercem przed ołtarzem religii, której stawał się coraz aktywniejszym organizatorem; w każdym razie wszyscy jego biografowie zgodni są, że w jego osobie rozbłysły najwspanialsze siły: książki przyciągane samą tylko mocą jego magnetycznej woli trafiały z półek na jego biurko, a gdy autor umarł, to zmuszał go do wytłumaczenia niejasnych miejsc i prowadził z przywołanym długie rozmowy.
Interesujący jest sposób, w jaki zasięgał informacji o człowieku jako istocie historycznej: mówi, że do poznania rzeczy najbardziej odległych nie ma lepszego źródła niż pisma uważane przez różne ludy za święte, po czym próbuje zrozumieć, w jaki sposób, choć prawda jest jedna, te fundamentalne księgi mogą być ze sobą w sprzeczności. Zaczyna więc studiować i porównywać dawne kosmogonie indyjskie, chińskie, egipskie; tymi drogami dociera do Genesis i w końcu odkrywa, że właściwa dawna hebrajszczyzna (którą starannie rekonstruuje, wydając przy okazji historię i gramatykę języka hebrajskiego) nie ma prawie nic wspólnego ze znanymi tekstami Genesis „et que Moise ne disait presque pas un mot en hébreu de ce qu’on lui faisait dire en grec ou en latin”. Tak np. z oryginalnych tekstów wydaje się wynikać, że Adam nie oznaczał jednego człowieka, lecz w pewnym sensie już pierwszą ludzkość, le premier „Règne hominal”, dynastię ludzkiego istnienia; - również słowo „dni” nie pojawia się u Mojżesza przy opisie stworzenia, użyte tam sformułowanie „exprime une manifestation phénoménale; en sorte qu’en le prenant dans le sens le plus restreint, on a pu lui faire signifier un jour: mais ce sens est évidemment forcé, et on ne peut se refuser d’y voir un période de temps indéterminé, toujours relatif à l’être auquel il est appliqué”.
Krótko mówiąc są tam rzeczy przedziwne i dające do myślenia. Nie jest wykluczone, że Fabre d’Olivet posunął się trochę do przodu na dawnej via sacra, na drodze prostej i prowadzącej do ważnego celu. Słuszne może być również to, co mówi o muzyce, o roli, jaką odgrywała u dawnych ludów – że to, co w muzyce milczące, jej, by tak rzec, matematyczny rewers był porządkującą życie zasadą np. jeszcze w cesarstwie chińskim, gdzie obowiązujący w całym państwie ton podstawowy (odpowiadający dźwiękowi fa) stanowił najwyższe prawo, tak że rura wydająca ten ton była miarą długości, jej zawartość zaś miarą objętości itd. obowiązującą za panowania kolejnych władców. Muzyka była w każdym razie we wszystkich dawnych państwach czymś niesłychanie odpowiedzialnym i bardzo konserwatywnym; to właśnie miejsce mogłoby objaśnić trochę moje przekonanie dotyczące muzyki, to znaczy: obdarzyć moje skrajnie nieuprawnione rudymentarne przekonanie czymś w rodzaju wtórnego drzewa genealogicznego: że to prawdziwe, jedynie prawdziwe uwodzenie, jakim jest muzyka (nic poza nią właściwie nie uwodzi), jest tylko dlatego dozwolone, że uwodzi ku prawidłowości, ku samemu prawu. Bo tylko w niej zdarza się ta niesłychana rzecz, że prawo, które poza tym zawsze wydaje rozkazy, zaczyna nas nieskończenie potrzebować, otwierać się przed nami, błagać nas. Pod tym dźwiękowym pre-tekstem zbliża się do nas wszechświat, po jednej stronie jesteśmy my, a po drugiej oddzielona od nas zaledwie odrobiną wzruszonego powietrza drży wzbudzona przez nas ochota gwiazd. Dlatego tak bardzo skłonny jestem wierzyć Fabre d’Olivet, że w muzyce rzeczą ważną jest nie tylko to, co słyszalne, bo coś może brzmieć przyjemnie, a nie być przy tym wcale prawdziwe; we wszystkich sztukach nie decyduje według mnie pozór, ich działanie (tak zwane „piękno”), lecz najgłębsza wewnętrzna przyczyna, zagrzebane istnienie, przez które ten pozór jest dopiero stwarzany (pozór ten nie musi być wcale od razu rozpoznawalny jako piękno) – nie zdziwiłbym się więc, gdyby podczas misteriów wtajemniczano w rewers muzyki, w szczęśliwą liczbę, która dzieli się tam i ponownie łączy i z nieskończonej rozmaitości powraca w jedność, a gdy człowiek raz dowiadywał się tego i potrafił o tym milczeć, nigdy już nie zapominał tego wrażenia bliskości czegoś niezmąconego (niezależnie od tego, jak potoczył się potem jego los). –
Lecz dobrej nocy, droga księżno, robi się późno, a wie Pani, jak bardzo lubię spać, zwłaszcza w gorsze dni. Pozdrowienia dla Mzellczyków i dla księcia, a Pani wszystkiego dobrego.
Pani D.S.
przeł. Tomasz Ososiński
← {powrót do listy korespondencji}