Do Marie von Thurn und Taxis, 17 listopada 1912 roku

Toledo, Hôtel de Castilla,
niedziela, 17 listopada 1912 roku

Droga Księżno, wczoraj pod wieczór nadszedł Pani list; z radością byłbym Pani powiedział bez chwili wahania, jak wyborna jawi mi się Pani «Cortigiana»; lecz znów nastały dla mnie przygnębiające dni, ciążące memu ciału i nerwom. Bez wątpienia to następstwa aklimatyzacji, które musiały przecież nadejść, a teraz ze wzmożoną ostrością dają o sobie znać wskutek zmian pogody. Dostaliśmy się w szpony natarczywego chłodu; nic też mocniej mnie nie dotyka, niczym los, niźli to przenikliwe ziębnięcie, jestem wobec niego bezbronny podobnie jak młody pies, o którym jeszcze nawet nie zdecydowano, jak będzie się zwał. To żałosne. Tym razem jednak nie moja to beztroska sprawiła, iż marznę w mym pokoju; wiem, można by przecież zainscenizować jakowyś ogień w kominku. Wszak to wywołałoby znowuż inne niemiłe uczucia, stąd jednoczę się z przyrodą i ziębnę w dalszym ciągu. Kiedyś czeka mnie za to jakaś sowita nagroda, poniekąd jako zadośćuczynienie za ów dowód szczerości i oddania.

A zatem – «Cortigiana» odznacza się niezwykłym pięknem, wiernością, celnością słowa, wybornym taktem. To klejnot, Księżno, który jaśnieje coraz silniejszym blaskiem, wiem, że mogę się od Pani spodziewać rzeczy najwspanialszych. Zawładnęła Pani duchem tego języka, owej mowy pośród wszystkich innych, w której to, czego nigdy Pani nie wypowiedziałaś, od zawsze istniało w sennym zamilczeniu. Proszę zatem wyzbyć się wszelkiej wątpliwości w swe zdolności, nieomal drżę na samą myśl o jakiejkolwiek korekturze; zmiany, o których Pani wspominasz, napawają mnie niepokojem, szczególnie po owym potężnym, dumnym io, in alto alzata, kroczącym z taką świetnością, które o wiele bliższe jest memu tekstowi, bez wątpienia również w języku włoskim; jeśli nawet na pierwszy rzut oka nie wydaje się właściwe, wszelako przynajmniej możliwe przy baczniejszym spojrzeniu. Zważ, Pani, że którykolwiek spośród językowych purystów ze strony niemieckiej, gdyby przedłożyć mu stosowny fragment w mojej redakcji, z pewnością twierdziłby niezłomnie, iż jest ona nie-dopuszczalna, nie-niemiecka, nie-zrozumiała, nie-nie-nie. Dlatego też proszę zdać się na siebie jedynie, niby na wskroś najwyższą z instancji; rady mogłaby czasem udzielić Pia, (czyż nie?), tam w szczególności, gdzie idzie o zmyślność bądź zamierzchłość pojedynczego wyrażenia, także na przykład Romanelli (o ile byłby dostępny), świetnie i dogłębnie znający włoski i mowę Dantego, której objaśnianie jest przecież jego rzemiosłem. — Co się zaś tyczy publikacji na łamach jakiejś revue, do której z uwagą zachęca Damerini, odczuwam oczywiście niejaką dumę, droga Przyjaciółko, na wszystko, co zamierzasz uczynić w tym względzie, masz moje niezachwiane przyzwolenie. Wszelako szczególnie uradowałaby mnie myśl, iż któregoś dnia doczekamy się małego tomiku, książeczki niosącej w sobie ową swoistą radość i pozostającej w pewnej mierze w tradycji duinejskiej. Ah mon Dieu, quelle gloire.

Sporo czytam w tych dniach, bezładne to lektury; żywot Cervantesa po hiszpańsku (pierwsza to moja ryzykowna próba w tym kierunku), Angelę da Foligno, wraz z którą z wolna posuwam się naprzód, wieczorami stare francuskie wydanie Contes de Hoffmann, na jakie się tu natknąłem. Niemniej, najbardziej zajmuje mnie Fabre d’Olivet, którego dwie rzeczy poleciłem znajomemu Pii Valmarana; przypadkiem książki te, miast trafić prosto do adresata, okrężną drogą dostały się w moje ręce, nie mogłem poniechać sposobności, by do nich zajrzeć, i owo pobieżne spojrzenie przemienia się strona za stroną w istną lekturę. Rzecz się tyczy pewnej osobliwej postaci, zadania, jakiego człowiek ten się podjął, a którego zupełnie nie mógł on, by tak rzec, napocząć; jego dzieła (o ile zdołałem się w nich rozeznać) obejmują samo tylko przygotowanie do właściwej pracy, jednakże owe wprowadzenia, w których do słowa dochodzi to, do czego być może wszystko to mogłoby zaprowadzić, gdyby człowieczy żywot zyskał pięciokroć bądź dziesięciokroć na swej długości — otóż owe wprowadzenia tchną tak zaskakującą różnorodnością, jeśli się nie mylę, tak niezachwianą słusznością, iż niektóre z przytoczonych tam dyrekcyj będzie trzeba wprowadzić w życie. Po raz pierwszy odnoszę wrażenie, iż znalazł sie oto ktoś, kto posiadł właściwe pojęcie o antycznych misteriach, istocie ich przekazów i tajemnic, po części dzięki intuicji, po części zaś dlatego, że jakaś nieopisana wprost zdolność dostosowania z czasem otworzyła przed nim skarbiec wszelkich języków, w jakich zachowały się najstarsze przekazy – począwszy od arabskiego, później zaś, jeden po drugim, pękały pieczęcie, tak iż człowiek ten czuje się wśród nich jak u siebie, niczym współczesny tych, którzy istnieli zanim wzniesiono pewną wieżę, wieżę, której koniec nastąpił pośród wielkiej konfuzji. Władny tym sposobem zaczerpnąć ze źródeł samych, mógł Fabre hołubić w sobie myśl o spisaniu dziejów Ziemi całej w najgłębszym ich sensie – musiał wszelako powrócić do prac przygotowawczych, spośród których żadna na dobrą sprawę nie była dlań ukończona – i na tychże właśnie przygotowaniach, wielekroć przerywanych, wielekroć zakłócanych, bodaj też sam siebie od nich odrywając – upłynęło mu życie; życie, na którego przełamanych fragmentach osiadła patyna rozlicznych pogłosek – wydaje się, iż znaleziono go z sercem przebitym przed ołtarzem pewnej religii, której w coraz to większym stopniu stawał się organizatorem. W każdym razie jego biografowie jednym głosem utrzymują, iż przy jego istnieniu rozbłysły najwspanialsze moce – poprzez samą tylko siłę jego magnetycznej woli księgi spłynęły z regałów na jego biurko, a kiedy autor odszedł na zawsze, wola ta przymusiła go, by objaśnił nierozstrzygnięte fragmenty, i toczyła długie z owym zaklętym rozmowy.

Jest rzeczą zajmującą poznać jego drogę wiodącą ku człowiekowi jako istnieniu historycznemu – twierdzi on, iż dla spraw najodleglejszych nie może istnieć źródło bardziej znaczące niźli, uznawane za święte, pisma rozmaitych ludów, po czym usiłuje poznać, jak to możliwe do pomyślenia, w obliczu jednej prawdy, iżby owe fundamentalne księgi pozostawały z sobą w sprzeczności. I tak przystępuje do analizowania i porównywania dawnych kosmogonii Hindusów, Chińczyków, Egipcjan, i podążając tymi ścieżkami dociera ostatecznie do Genesis, odkrywając, iż prawdziwa, dawna hebrajszczyzna (którą następnie szczegółowo rekonstruuje, publikując dzieje tudzież gramatykę języka hebrajskiego) nic zgoła nie ma wspólnego ze znanymi tekstami z kart Genesis, «et que Moïse ne disait presque pas un mot en hébreu de ce qu’on lui faisait dire en grec ou en latin» [Mojżesz zaś nie powiedział ni słowa po hebajsku z tego, co się mu przypisuje po grecku czy łacinie]. Z owych prawdziwych tekstów zdaje się na przykład wynikać, iż pod pojęciem Adama rozumiano nie jednego człowieka, pierwszego z żyjących, lecz, w pewnym sensie, pierwszą ludzkość, le premier «Règne hominal», dynastię człowieczego istnienia; — również i słowo «dni», w odniesieniu do stworzenia, nie pojawia się u Mojżesza, użyte przezeń wyrażenie «exprime une manifestation phénoménale; en sorte qu’en le prenant dans le sens le plus restreint, on a pu lui faire signifier un jour: mais ce sens est évidemment forcé, eton ne peut se refuser d’y voir un période de temps indéterminé, toujours relatif à l’être auquel il est appliqué» [oznacza pewne zadziwiające zjawisko; tak iż jeśli je rozumieć w najwęższym znaczeniu słowa, można je było określić mianem dzień; termin ten wszakże wydaje się ewidentnie narzucony, i nie sposób odmówić sobie prawa do tego, by ujrzeć w nim pewien nieoznaczony okres czasu, odnoszący się zawsze do istnienia, wobec którego jest stosowany].

Słowem, pełno tam rzeczy osobliwych i nad wyraz zastanawiających. Nie wykluczone, że Fabre d’Olivet przynajmniej pewien fragment swej drogi przemierzył po starej via sacra, podążając w wielce zdecydowanym i znaczącym kierunku. Jego słowom o muzyce, jej roli wśród dawnych ludów, również nie brak słuszności – iż cisza, zamilczenie w muzyce, jakby to wyrazić, jej matematyczna odwrotna strona, była pierwiastkiem na wskroś porządkującym życie np. jeszcze w Cesarstwie Chińskim, gdzie przyjęty dla całego terytorium cesarstwa podstawowy ton (odpowiadający fa) mienił się glorią najwyższego prawa, tak wielką, że rura, która ton ów wydawała, stała się miarą, jednostką objętości itd., pozostając w mocy z panowania na panowanie.W każdym razie muzyka była we wszelkich dawnych mocarstwach czymś bezimiennie odpowiedzialnym tudzież wielce konserwatywnym; oto kwestia, którą należałoby zgłębić, dotykająca mego uczucia względem muzyki, sądzę, że owemu w najwyższym stopniu nieuprawnionemu, szczątkowemu uczuciu przysparzająca swego rodzaju dodatkowej genealogii; iż owa prawdziwa, owa jedyna pokusa, jaką jest muzyka, (nic innego w istocie tak nie uwodzi), jedynie o tyle może być uprawniona, o ile uwodzi ku prawidłowości, ku samemu prawu. Bowiem w niej jedynie zachodzi ów niebywały przypadek, iż prawo, które zazwyczaj nakazuje, tu przybiera ton błagalny, szczery, nas pragnąc nieskończenie. Zza owej kurtyny dźwięków przybliża się wszechświat, po jednej stronie istniejemy my, po drugiej zaś, niczym od nas nie oddzielona prócz smugi wzruszonego powietrza, przez nas rozedrgana drży przychylność gwiazd. Urzeka mnie myśl, by wierzyć Fabre’owi d’Olivet, iż nie tylko to, co w muzyce słyszalne, o wszystkim rozstrzyga, bowiem można czerpać przyjemność ze słuchania tego, co nie jest prawdziwe; dla mnie, któren za rzecz nad wyraz istotną uznaje, by we wszelkich sztukach nie rozstrzygał pozór, ich «oddziaływanie» (nie tak zwane «piękno»), a właśnie owa najgłębsza wewnętrzna pra-przyczyna, owo pogrzebane ja, pozór ów, który nie od razu musi zostać uznany za piękno, wywołujące – dla mnie byłoby to kwestią zrozumiałą, iżby podczas misteriów człowiek został wtajemniczony w ową odwrotną stronę muzyki, w tę duchową liczbę, jaka się tam dzieli i na powrót w całość łączy, stapiając się w jedność z nieskończonych fragmentów, a jeśli się o tym ongiś wiedziało i przemilczało, nie można było zupełnie zapomnieć o uczuciu, iż się żyło tak blisko niezamglenia (jakkolwiek by się los potoczył). — Lecz dobrej nocy, droga Księżno, późno już, a Pani wiesz, jak się obchodzę ze snem, zwłaszcza w te mniej dobre dni. Pozdrowienia dla Mzellerów, Księciu i Pani wszystkiego dobrego.

Pani D. S.

przeł. Dariusz Guzik

{Przekład tego listu został opublikowany w czasopiśmie Topos, nr 1-2/2007}