Do Marie von Thurn und Taxis, 13 listopada 1912 roku

Toledo, Hôtel de Castilla, Hiszpania,
13 listopada 1912 roku

Droga Przyjaciółko, pośród miejskiego gwaru i stukotu kroków kreślę dla Pani najpiękniejsze listy, tu zaś, cierpiąc chłód w zamknięciu czterech ścian, staję się ponurym pedantem, pochłoniętym mnóstwem żenujących błahostek – lecz dość wspomnieć, uchowaj Boże, by się o tym rozwodzić; jest tyle spraw godnych opowieści (ach, nie znajdując dla siebie właściwego wyrazu). Jakże rzecz każda naznaczona tu niezwykłością, monumentalnością; nie potrafię sobie zgoła wyobrazić, w jakie słowa tłumaczą to sobie ludzie, na których barki złożono je wszystkie, odarłszy z nieskalanej czystości, w sposób tak bezwzględny, bez jakichkolwiek wątpliwości – to znaczy: jak je postrzegają, co z nimi czynią, jak przeobrażają je w swym wnętrzu. «Kobietą niebios i ziem wszelkich» nazwał ongiś Dziewicę Marię jezuita Ribadaneira (którego tekstem niczym kadzidłem owialiśmy w Duino dr. Rziha, tak iż jego oczy zaraz straciły swój blask); zdanie to można by odnieść do tego miasta – miasta niebios i ziem wszelkich, gdyż istotnie tkwi ono w obojgu królestwach, przenika wszelkie istnienie; próbowałem niedawno wytłumaczyć to jednym zdaniem hrabiance Pii, mówiąc, iż w równej mierze jest ono stworzone dla oczu umarłych, żyjących tudzież aniołów – owszem, obecny tu pierwiastek mógłby naznaczyć wszystkie trzy, jakże zgoła odmienne oblicza, ponad nim, zda się, mogłyby one zlać się w jedno odbicie. To niezrównane miasto z mozołem dzierży w obrębie swych murów jałowy, niezmienny, nieujarzmiony krajobraz, górę, szczerą górę, górę wizji – przeogromna wznosi się z niego ziemia, by tuż u wrót jej bramnych stać się: światem, stworzeniem, górą i wąwozem, Genesis. Spoglądając na tę okolicę, wciąż na nowo powracam myślą do pewnego proroka, do tego, który wstaje od wieczerzy, porzucając gościnność i wspólne biesiadowanie, którym jeszcze na progu domu owładnia moc głoszenia przepowiedni, ów niezwykły dar postrzegania wizji pełnych bezwzględności – tak oto objawia się natura okalająca to miasto, spowijająca nawet jego wnętrze, tu i tam, spogląda na nie, lecz nie poznaje, i doznaje wizji.

Ja zaś, zanurzony w tym wszystkim, wciąż jeszcze nie mogę ochłonąć ze zdumienia, jak dobrze byłem przygotowany na każdy drobny szczegół tego doświadczenia – jak choćby owo wrażenie, iż na płótnach zgromadzonych w Salone della Ragione w Padwie pojawia się wszystko, co na zewnątrz, poza obrębem murów, nieodłącznie towarzyszy życiu, potrzebom, nędzy – tak oto wszystko było tam obecne i pozwalało mi do siebie przywyknąć, jak gdyby to doświadczenie miało stać się mym udziałem w sposób czysty, bez posmaku zaskoczenia. Pomyśl, Księżno, musiało pojawić się jeszcze i Cividale, niczym obietnica ujrzenia brzegów Tajo, a w końcu opowieść, przekazana mi znużonym głosem przez pewnego człowieka, o Christophorusie, który w pobliżu Duino miał jakoby dorównać wzrostem kościołowi – oto przesiaduję w tutejszej katedrze co dzień u stóp olbrzymiego Cristóbala, któren w istocie sięga głową podstawy sklepienia.

Aż do wczoraj utrzymywała się najczystsza pogoda, a przedwieczorna feeria odgrywała się w tchnącej spokojem przestrzeni. Dopiero dziś niebo się wzburzyło, a tuż po południu zerwał się deszcz; wszelako chłodny, skryty wiatr powstrzymał ulewę, skłębił całą czeredę chmur i pognał naprzeciw słońcu, chylącemu się już ku zachodowi – po tym zaś, co zobaczyłem później, zmuszony jestem (mimo iż moje ciało złaknione ciepła) życzyć sobie, bym doświadczył wiele jeszcze takowych zjawisk – domyślam się, jakimiż formami musi posłużyć się tutejsza pogoda, by dorównać wizerunkowi miasta: oto gromy kłębiły się i rozpływały w oddali ponad świetlistymi reliefami pozostałych obłoków, rozpostartych niewinnie niczym fantasmagoryczne kontynenty – a wszystko to ponad pustkowiem nachmurzonego krajobrazu; aliści na dnie przepaści widniała pogodna wstęga rzeki (pogodna jak Daniel w jaskini lwa), szeroki trakt mostu, a dalej, całkiem wchłonięte w tok zdarzeń – miasto, we wszelkich odcieniach szarości i ochry na tle otwartego, acz nieprzystępnego błękitu wschodniego nieboskłonu. Ach, Księżno, myślę o porannym brzasku, widzianym z okien w Duino, który opisałaś ongiś z taką celnością; życzyłbym sobie tak wiele otuchy w mym sercu, by wyjść naprzeciw takim obrazom, ze spokojem, uwagą, jak ktoś istniejący, patrzący, wyzbyty wszelkiej trwogi…

Obejrzałem już liczne malowidła El Greca, niektóre wprawiły mnie w niekłamany podziw – w gruncie rzeczy wszakże jego dzieła należy odbierać w zgoła odmiennym wymiarze wewnętrznym; jak dotąd, kiedym spoglądał na nie, mieniły się wszelkimi znaczeniami, dla człowieka tu obecnego artysta zatraca się najpierw w tym, co istniejące, jest jedynie piękną klamrą, spinającą mocniej niezwykłą wizję z rzeczami, un cabochon énorme enchâssé, dans se terrible et sublime reliquaire, olbrzymim klejnotem wtopionym w ten straszliwy i wspaniały relikwiarz.

Dziś Twój niezwykły list, droga Księżno, i ten wspaniały przekład, w którym Elegie wznoszą się i opadają, jakby niesione morską falą, dopiero dzięki Pani poddają się wpływowi gwiazd. Teraz jestem wystarczająco daleko, Pani rozumie, to nie moja bliskość, nic zaraźliwego, lecz sam duch, nikomu nie uległy. Pewien jestem, iż przyoblecze się to w jakieś regularne kształty, proszę mi tylko darować i nie nabierać żadnych podejrzeń. Dziękuję za wszystko, za odpis zadziwiających słów naszej nieznajomej, za list do księcia Ratibora – oddam go, kiedy tylko wybiorę się do Madrytu. Przede wszystkim zaś dziękuję za wszystkie te stronice, które mi przesyłasz, Pani, nie czytam tu w ogóle żadnych gazet; w ostatnich dniach raz tylko posłużyłem się mym skromnie dojrzewającym hiszpańskim, by dowiedzieć się, iż Bułgar miałby zostać panem na Konstantynopolu – a teraz, istotnie, z Pani słów wnioskuję coś podobnego, dobry Boże, toż to przecież przeczy całym dziejom świata, iżby Konstantynopol, Stambuł, Bizancjum miało mimochodem stać się częścią tego bałkańskiego bezhołowia. (I nigdy go też nie ujrzałem).

Pani poprzedni list, zawierający same stuttgarckie wieści, sprawił mi wiele radości (nadszedł wraz z listem od mojej żony), niektórych nowin dowiedziałem się już od Paszy; gdybym tylko mógł był usłyszeć Giuliettę Mendelssohn śpiewającą Beethovena! Przypominasz sobie Pani te wspaniałe organy w tutejszej katedrze? Niczym dawne hakownice wyrastają z nich puzony; i jeszcze kraty, owe kraty: gdyby człowiek się do nich nie zbliżył, mówiłby przez całe życie «kraty», «kraty», niczym błędna owca, nie wyobrażając sobie przy tym nic rzeczywistego; teraz zaś już wie, raz na zawsze, i widzi je, widzi we śnie.

Dość już na dziś, jeszcze tylko mnóstwo, mnóstwo pozdrowień śle

Pani D.S.

przeł. Dariusz Guzik

{Przekład tego listu został opublikowany w czasopiśmie Topos, nr 1-2/2007}