Paryż, 11 rue Toullier
Myślę, że w ostatnich dniach, w czasie mego pobytu u Rodina, niektóre sprawy nabrały dla mnie jasności. Po śniadaniu, spożywanym w równie niespokojnej i dziwnej atmosferze jak to, które Ci niedawno opisałem, poszliśmy z Rodinem do ogrodu; usiedliśmy na ławce, sycąc oczy wspaniałym, rozległym widokiem na Paryż. Wokół panowała uroczysta cisza. W ślad za nami przybiegła dziewczynka (zapewne to córka Rodina), lecz on w ogóle nie zwrócił na nią uwagi. Dziewczynka zaś sprawiała wrażenie, jakby wcale tego nie oczekiwała. Przysiadła w pobliżu na ziemi i ze smutną miną rozgrzebywała powoli żwir wysypany na dróżce, szukając kamyków o dziwnym kształcie. Czasem podchodziła do nas i wpatrywała się w twarz Rodina, pogrążonego w rozmowie, lub też we mnie, kiedy właśnie o czymś opowiadałem. W pewnej chwili przyniosła nam fiołek. Dzierżąc kwiat w swej drobnej dłoni, położyła go nieśmiało na dłoni Rodina, chcąc go niejako złożyć w jego ręce, w jakiś sposób przytwierdzić do jego dłoni. Lecz dłoń ta była niczym wykuta w kamieniu; Rodin spojrzał przelotnie, po czym odwrócił wzrok od tej małej, płochliwej dłoni, od fiołkowego kwiatu, od dziewczynki, od tego przebłysku miłości, błądząc spojrzeniem napełnionym rzeczami, które zdawały się w nim bezustannie przyoblekać w kształt.
Opowiadał o sztuce, marszandach, o swej samotności; wypowiedział wiele pięknych słów, których sens zdołałem raczej przeczuć niż zrozumieć, gdyż często mówił nader niewyraźnie i spiesznie. Wciąż powracał do tematu piękna, które objawia się we wszystkim temu, kto go pragnie i potrafi właściwie zrozumieć, rozprawiał o rzeczach i ich wewnętrznym życiu – de regarder une pierre, le torse d’une femme… I wciąż, wciąż wspominał o pracy. Odkąd pogardza się pracą fizyczną, owym zaiste ciężkim rzemiosłem – mówił – zatracono całkiem jej istotę. W całym Paryżu znam ledwie pięciu czy sześciu ludzi, którzy naprawdę pracują, może paru więcej. A w szkołach, czymże się zajmują przez te długie lata – „komponują”, nie poznając zgoła niczego z istoty rzeczy. Le modelé… Wiem, co to znaczy – to rodzaj powierzchni, w przeciwieństwie na przykład do obrysu, to wszystko, co ów obrys wypełnia. To układ tych powierzchni oraz zasada nim rządząca. Czy możesz pojąć – dla niego istnieje wyłącznie le modelé… we wszystkich rzeczach, wszelkich ciałach, on uwalnia je z więzów, przekształcając, nauczywszy się tego od nich, w rzecz samoistną, to znaczy w rzeźbę, w dzieło sztuki rzeźbiarskiej. To dlatego fragment ramienia, nogi czy ciała jest dla niego całością, jednością, bowiem nie myśli on już o ramieniu, nodze czy ciele (to wydałoby mu się czymś nazbyt materialnym, czy rozumiesz – zbyt, by tak rzec, nowelistycznym), lecz o modelé, które się dopełnia, w pewnym sensie jest gotowe, zaokrąglone. To, co nastąpiło później, nadzwyczaj wiele tłumaczy. Dziewczynka przyniosła nam skorupę małego ślimaka, którą znalazła wśród kamieni. Rodin nie zainteresował się kwiatem – muszla zaś od razu przykuła jego uwagę. Wziął ją w swe ręce, uśmiechnął się, spoglądał wzrokiem pełnym podziwu, dokładnie obejrzał i rzekł raptem: Voilà le modelé grec16. W lot zrozumiałem jego słowa. Dorzucił jeszcze: Vous savez, ce n’est pas la forme de l’objet, mais: le modelé… Potem znaleźliśmy jeszcze jedną muszelkę, skruszoną i zmiażdżoną… – c’est le modelé gothique-renaissance, odezwał się Rodin z miłym, czystym uśmiechem na twarzy!… Wydaje mi się, iż chciał powiedzieć: Rzeczą moją, to znaczy rzeźbiarza par excellence, nie jest podziwiać czy studiować barwy lub kontury, lecz to, co stanowi o istocie rzeźby – powierzchnie. Ich rodzaj – czy są chropawe czy gładkie, lśniące czy zmatowiałe (nie ich barwa, lecz sama istota!). Rzeczy są nieomylne. Ten drobny ślimak przywołuje na myśl najwspanialsze dzieła greckiej sztuki – kryje w sobie tę samą prostotę, gładkość, ten samże wewnętrzny blask, ów jasny i uroczysty rodzaj powierzchni… I w tym właśnie rzeczy są nieomylne! Zawierają w sobie prawa w ich najczystszej postaci. Nawet fragmenty rozkruszonej muszli przynależą do tego samego rodzaju, znów staną się modelé grec. Ten ślimak na zawsze pozostanie całością, jeśli patrzeć nań przez pryzmat jego modelé, i nawet najdrobniejsza cząstka muszelki wciąż nosi w sobie le modelé grec… Dopiero teraz można dostrzec, jakiż postęp w sztuce oznacza jego rzeźbiarstwo. Czymże musiała być dlań owa świadomość, iż zgoła nikt przed nim nie poszukiwał jeszcze tego podstawowego elementu w plastyce! To on miał go odnaleźć – tysiące rzeczy odkrywało go przed nim, przede wszystkim nagie ciało. On miał go przeobrazić, to znaczy przemienić w swój własny wyraz, doń przywyknąć, wyrazić wszystko poprzez modelé, nie inaczej. Widzisz, tu kryje się owa druga tajemnica życia tego wielkiego artysty. Pierwszą było odkrycie w swej sztuce nowego podstawowego elementu; drugą zaś okoliczność, iż nie pragnął on od życia niczego więcej prócz tego, iżby wyrażać samego siebie, całą swą wewnętrzną istotę poprzez ów element. Ożenił się parce qu’il faut avoir une femme, jak mi wyjaśnił przy innej okazji, kiedy mówiłem mu o grupach ludzi, obcujących ze sobą, o przyjaciołach, uważając, że jedynie samotne dążenie może przynieść owoce; wówczas on wypowiedział to zdanie, rzekł: Non, c’est vrai, il n’est pas bien de faire des groupes, les amis s’empêchent. Il est mieux d’être seul. Peut-être avoir une femme – parce qu’il faut avoir une femme… mniej więcej te słowa… Zamilkł na chwilę, po czym odezwał się z cudowną powagą w głosie: …il faut travailler, rien que travailler. Et il faut avoir patience. Nie powinno się rozmyślać o zamiarze dokonania czegoś, winno się jedynie poszukiwać, próbować znaleźć własny środek wyrazu i z jego pomocą wypowiedzieć wszystko. Trzeba pracować i otulić się cierpliwością. Nie rozglądać się na prawo i lewo. Całe swe życie wciągnąć w ten krąg, niczego nie posiadać poza tym życiem. Rodin tak właśnie uczynił. J’ai y donné ma jeunesse, rzekł. Z pewnością to prawda. Trzeba poświęcić wszystko. Sceny przykrości w domu Tołstoja, niemiła atmosfera napełniająca pokoje Rodina – wszystko to świadczy o jednym: iż trzeba powziąć decyzję, trzeba wybrać jedno albo drugie. Albo szczęście, albo sztukę. On doit trouver le bonheur dans son art – tak mniej więcej wyraził to Rodin. I wszystko staje się tak oczywiste, zrozumiałe. Wszyscy wielcy ludzie pozwolili, by ich życie zarosło niczym zapomniana ścieżyna, i wszystko oddali swej sztuce. Ich życie skarlało jak organ, którego nie będą już potrzebować…
Rodin nie doznał niczego, co nie znalazłoby odzwierciedlenia w jego sztuce. Tak owo dzieło rozkwitało wokół niego. On sam nie zatracił się, nawet w owych latach, gdy brak pieniędzy zmuszał go do podjęcia niegodnej pracy; nie zagubił samego siebie, gdyż jego przeżycia nie pozostawały jedynie niespełnionym zamysłem, pod wieczór bowiem urzeczywistniał swe pragnienia, zrodzone w świetle dnia. Wszystko przyoblekało się zawsze w realny kształt. Rzecz to bowiem najważniejsza, iżby nie poprzestawać na płonnych marzeniach, skrytych pragnieniach, na poddawaniu się nastrojom, lecz bezustannie i niezłomnie przeobrażać wszystko w rzeczy. Jak czynił to Rodin. Dlaczego zdołał zwyciężyć? Nie dlatego bynajmniej, że zyskał poklask. Zaskarbił sobie niewielu przyjaciół, i – jak sam mawia – figuruje na indeksie. Wszelako istniało jego dzieło, ogromna, imponująca rzeczywistość, wobec której nie można pozostać obojętnym. Tym właśnie wywalczył dla siebie przestrzeń i prawo. Można wyobrazić sobie człowieka, który, hołubiąc w sobie wszystkie te doznania i pragnienia, byłby wyczekiwał lepszych czasów dla ich urzeczywistnienia. Któż darzyłby go szacunkiem; byłby jak starzejący się głupiec, odarty z wszelkiej nadziei. Lecz czynić, działać – w tym kryje się sens wszystkiego. Dopiero kiedy się czegoś dokona, gdy ma się dziesięć, może dwanaście rzeczy, 60, 70 aktów, a wszystkie zrodzone z wewnętrznej konieczności, wówczas zdobyło się kawałek lądu, na którym można stanąć z podniesionym czołem. Wówczas człowiek już się nie zagubi. Kiedy Rodin przechadza się pośród swych rzeźb, można odczuć ów powiew młodości, wewnętrznego przeświadczenia tudzież inspiracji do nowej pracy, jakie artysta nieustannie czerpie ze swych dzieł. On nie może już zbłądzić. Dzieło to stoi u jego boku niczym olbrzymi anioł, który go strzeże… jego przeogromne dzieło!…
przeł. Dariusz Guzik
{Przekład tego listu, wraz z przypisami tłumacza, został opublikowany w czasopiśmie Topos, nr 5/2008}