Do Klary Rilke, 2 września 1902 roku

Paryż, 11 rue Toullier

Godzina piąta po południu… czy czujesz moją bliskość? Jestem przy Tobie. Właśnie otrzymałem dwa listy skreślone Twą ręką, moja Droga; jeden wypełniają Twe myśli, drugi – załączniki. Dziękuję, Kochana, za wszystkie słowa, które kierujesz do mnie, dźwięczą one we mnie i trwają w oczekiwaniu na następny list, tak iż zawsze przepełnia mnie brzmienie Twego głosu. Dziękuję za rezedę, której urocza woń roznosi się wokół. W niedzielę napisałem do Ciebie dość obszernie, dziś, nim przejdę do moich spraw, pozwól, że wpierw przywołam Twój ostatni list. Burza. Czy aż takie burze huczą na Waszym niebie?! Tutaj również czasem rozlega się grzmot, chmury zasnuwają niebo, po czym zrywa się ulewa; deszcz pluszcze nieprzerwanie, godzina za godziną, a kiedy umilknie, powietrze jest niezmiennie ciężkie i przytłaczające jak ołów. — Pięknie opisałaś burzę; kiedy opowiadasz o takich zjawiskach, potrafisz oddać w pozornie zwięzłej formie nieskończenie wiele z tego, co niewyrażalne – niczym wielki poeta. Niczym poeta kreślący requiem, którym w istocie jesteś. Niech zagości w Was spokój, moje drogie, nie trwóżcie się, uważajcie na siebie. Z każdym zdarzeniem myślę tylko o Tobie i Ruth; i niech spłonie cała ta moja pisanina…

Nie mam dziś (przypuszczalnie wskutek upału) polotu w pisaniu, kulawe to myśli; mimo to kilka słów jeszcze, krótkich, ważnych.
Wczoraj, w poniedziałek o trzeciej po południu, po raz pierwszy odwiedziłem Rodina. Atelier przy rue de l’Université 182. Dotarłem tam statkiem kursującym po Sekwanie. Rodin pracował właśnie nad modelem, pozowała mu dziewczynka; w ręku trzymał niewielki kawałek gipsu. Przerwał pracę, podsunął mi fotel; nawiązaliśmy rozmowę. Emanował dobrocią i łagodnością. Przeniknęło mnie uczucie, jakbym go już znał, od dawna, a teraz spotkał kolejny raz. Wydał mi się niższy, acz zarazem potężniejszy; człowiekiem o dobrotliwym i szlachetnym usposobieniu. To czoło, sposób, w jaki kształtuje się nos, wypływający z niego niczym statek z portu… to zaiste wielce osobliwe. Jego czoło i nos jakby ryte w kamieniu. A z jego ust rozbrzmiewa mowa, której dźwięki przenika dobroć, szczerość i młodość. Taki też jest jego uśmiech, na poły zakłopotany, na poły radosny uśmiech obdarowanego dziecka. Od razu odczułem, że darzy mnie sympatią. Rozmawialiśmy czas jakiś – na ile pozwoliły nam moja znajomość języka oraz jego zajęcia. Przekazałem mu Twoje pozdrowienia, które przyjął z powagą i życzliwością. Nie były to pozdrowienia, jakie się na ogół przynosi. On zaś przyjął je inaczej, niż się to zazwyczaj czyni.

Następnie Rodin powrócił do swej pracy, prosząc, bym obejrzał wszystko, co mieściło się w atelier. A jest tego niemało. Jest tam „Dłoń”. C’est une main comme-ça – rzekł Rodin, czyniąc własną dłonią tak przemożny i kształtujący gest, iż można było sądzić, że wyrastają z niej rzeczy. – C’est une main comme-ça, qui tient un morceau de terre glaise avec des… A wskazując na niezwykłe, w głęboki i tajemniczy sposób złączone postacie: c’est une création ça, une création… Zabrzmiało to wspaniale… Francuski wyraz zatracił swój wdzięk, acz nie nabrał kłopotliwego ciężaru niemieckiego odpowiednika „Schöpfung”… uwolnił się, wykupił z niewoli wszelkich języków… pozostał sam w świecie:

création…

Jest tam płaski relief, który Rodin zwie „Jutrzenka”. Głowa młodziutkiej dziewczyny o cudownie młodzieńczym czole, czysta, urocza, jasna i skromna, a poniżej, z głębi kamienia, wynurza się dłoń, która osłania od blasku dnia oczy mężczyzny, budzącego się ze snu. Te oczy są nieomal zatopione w kamieniu (tak wspaniale przedstawiono postać „nie w pełni przebudzonego” – tak plastycznie) – widać jedynie usta i brodę. – Jest również portret kobiety. Jest tam o wiele więcej, niż zdołałbym opisać, a wszystko, co małe, tchnie taką wielkością, iż przestrzeń atelier H zdaje się rozciągać ku nieskończoności, by objąć sobą wszystko.

A dziś – dziś o dziewiątej rano pojechałem koleją do Meudon (gare Montparnasse, stamtąd dwadzieścia minut jazdy). Willa, którą sam nazwał „un petit château Louis XIII”, nie odznacza się jakimś szczególnym pięknem. – Ma troje okien od frontu, ściany z czerwonej cegły z żółtawymi obramowaniami, szary, stromo opadający dach, wysokie kominy. U stóp willi rozpościera się cały „malowniczy” nieład Val Fleury, wąskiej doliny usianej ubogimi domami, przypominającymi domostwa stojące pośród włoskich winnic. (Samych winnic też chyba tu nie brak, skoro stroma, plugawa ulica, wiodąca przez miejscowość, zwie się rue de la Vigne…). Trzeba przejść przez most, po czym pokonać jeszcze odcinek drogi, mijając niewielką austerię, całkiem włoskiego pokroju. Drzwi znajdują się po lewej stronie. Najpierw długa aleja kasztanowa wysypana grubym żwirem. Dalej małe drzwi z drewnianą kratą. I znów takie same drzwi. Minąwszy węgieł niewielkiego czerwonożółtego domu spostrzega się – niczym cud – ogród pełen kamiennych i gipsowych rzeźb. Ogromny pawilon Rodina, ten sam, który podczas Wystawy stał przy Pont de l’Alma, przeniesiono obecnie do jego ogrodu; wraz z kilkoma innymi atelier, w których pracują kamieniarze oraz sam Rodin, pawilon ten wypełnia ogród nieomal bez reszty. Są tam również pomieszczenia do wypalania gliny i wszelakiego rzemiosła. Imponujące, niezwykłe wrażenie sprawia ta olbrzymia jasna hala, wypełniona mnóstwem oślepiająco białych figur, spozierających przez liczne wysokie szklane drzwi niczym mieszkańcy jakiegoś akwarium. Ogromne to wrażenie, przeogromne. Od razu, nim jeszcze przekroczy się próg pawilonu, dostrzec można, iż te setki form życia są jednością – drgnieniem jednej siły i jednej woli. Czego tam nie ma – jest wszystko. Marmurowy „La prière”; gipsowe odlewy wszystkich nieomalże prac. – Niczym dzieło całego stulecia… prawdziwa armia rzeźb. Ogromne witryny, wypełnione po brzegi wspaniałymi fragmentami „Porte de l’Enfer”. To nie do opisania. Wszędzie rozłożone są same fragmenty, jeden obok drugiego. Akty wielkości mojej dłoni, i większe… lecz tylko ułamki, prawie żaden niezachowany w całości – często jedynie część ramienia, kawałek nogi, ułożone obok siebie, i fragment tułowia, jakby im przynależny. To znów tors jakiejś figury, do którego przylega głowa innej postaci, ręka zaś jeszcze innej… jak gdyby w te dzieła uderzyła jakaś niesłychana nawałnica, niespotykana niszczycielska siła. A jednak, im uważniej się patrzy, tym głębsze rodzi się przekonanie, iż wszystko to nie tworzyłoby tak spójnej całości, gdyby w całości zachowały się poszczególne figury. Każdy z tych okruchów stanowi część tak nadzwyczajnej i wzruszającej jedności, mogąc istnieć samodzielnie i nie wymagając zgoła jakiegokolwiek uzupełnienia, iż zapomina się, że są to jedynie fragmenty, a nierzadko fragmenty odrębnych figur, co tak nieodłącznie przylgnęły do siebie. Nagle odnosi się wrażenie, iż rzeczą uczonego jest ujmować bryłę jako całość – zaś rzeczą artysty tworzyć z fragmentów nowe związki, nowe, wspanialsze, bardziej prawidłowe jedności… trwalsze w swej wieczności… To bogactwo, to nieskończone, dokonujące się tworzenie, ta przytomność umysłu, czystość i gwałtowność ekspresji, ta niewyczerpana obfitość, ta młodość, „wciąż mieć coś jeszcze do powiedzenia, wciąż jeszcze coś najlepszego”… – to nie ma sobie równych w historii ludzkości. Są tam również stoły, stołki, komody… po brzegi zastawione drobnymi fragmentami rzeźb z wypalanej gliny barwy ochry i złocistego brązu. Ramiona nie większe od małego palca mojej dłoni, niemniej tak nieodparcie tchnące życiem, iż w człowieku serce kołacze. Dłonie tak niewielkie, że przykryć je można dziesięciogroszówką, lecz napełnione ogromem wiedzy, dokładnie wyznaczone, acz zgoła nie małostkowe… jak gdyby jakiś olbrzym powiększył je niepomiernie – takimi czyni je ten człowiek w swych zdolnościach. Emanuje z niego wielkość; kiedy tworzy swe nieduże, iście filigranowe rzeźby, i tak przerastają one ludzi… spoglądając na te drobne, rozłożone wszędzie dzieła, które wziąć można do ręki, poczułem się jak niegdyś w Petersburgu, przed małą Wenus odnalezioną podczas wykopalisk… Tutaj są ich setki, żadna z rzeźb niepodobna do innej – każda przeniknięta uczuciem, każda kryjąca w sobie cząstkę miłości, oddania, dobroci i dociekań. Pozostałem w Meudon mniej więcej do godziny trzeciej. Czasem podchodził do mnie Rodin, zadawał pytania, zamieniał kilka słów, nieistotnych. Język jest dla nas barierą zbyt trudną do przełamania. Ofiarowałem mu dziś me wiersze – gdyby tylko mógł je przeczytać… „Sąd Ostateczny”, jak mniemam, przemówiłby do niego. Uważnie przekartkował cały tomik. Wydaje mi się, że szata graficzna wywarła na nim wrażenie, szczególnie w „Księdze obrazów”. I teraz oto stoją bezradnie te durne języki niczym dwa mosty, co spinają brzegi tej samej rzeki, lecz oddziela je od siebie bezdenna przepaść. To tylko błahostka, przypadek, a jednak dzieli…

Po dwunastej Rodin zaprosił mnie na déjeuner, który spożywano w ogrodzie; dziwne to było śniadanie. Madame Rodin (widziałem ją już wcześniej – lecz nie zostałem jej przedstawiony) sprawiała wrażenie zmęczonej i rozdrażnionej, jej gesty były nerwowe i niedbałe. Naprzeciw mnie zasiadł pewien Francuz o czerwonym nosie, któremu także nie zostałem przedstawiony. Obok mnie usadowiła się mała, urocza dziewczynka, mająca może dziesięć lat (o niej również nic bliższego nie wiem…). Ledwie zajęliśmy miejsca, Rodin począł narzekać na brak punktualności przy podawaniu do stołu; sam był już ubrany, by wyruszyć do miasta. Wówczas Madame Rodin straciła nerwy. Comment, rzuciła, puis-je être partout? Disez-le à Madeleine (przypuszczalnie chodziło o kucharkę), po czym z jej ust popłynęła rzeka słów spiesznych i gwałtownych, w których nie pobrzmiewał zgoła gniew czy złość; wypowiedział je raczej ktoś wielce urażony, któremu za chwilę nerwy odmówią posłuszeństwa. Całym jej ciałem zawładnął niepokój – zaczęła trącać przedmioty rozłożone na stole, tak iż wszystko, co uprzednio należycie nań ustawiono, leżało teraz porozrzucane, jakby po skończonym już posiłku. Scena ta nie była przykra, a jedynie pełna smutku. Rodin zachował spokój; opanowanym głosem wyjaśniał dalej, co było powodem jego narzekań. Dokładnie uzasadniał swą skargę; w jego słowach kryła się łagodność, lecz i nieugiętość. W końcu podszedł do stołu cokolwiek niechlujny mężczyzna, niosąc kilka potraw (smakowicie zresztą przyrządzonych); obnosił je wokół, zmuszając mnie w wielce rubaszny sposób, bym ich skosztował wbrew mej woli – widocznie uważał mnie za człowieka nad wyraz nieśmiałego. Bodaj nigdy jeszcze nie zasiadłem do tak dziwnego śniadania. Rodin był dość rozmowny; czasem mówił tak szybko, że nie byłem w stanie go zrozumieć, zazwyczaj jednak przemawiał dobitnie. Opowiadałem o Worpswede – o tamtejszych malarzach (o których w ogóle nie słyszał); odniosłem wrażenie, iż zna jedynie Liebermanna oraz Lenbacha – jako ilustratora… Nasza rozmowa nie przypominała tradycyjnej, nie była też całkiem odmienna. Niekiedy głos zabierała Madame, w jej słowach wciąż wyczuwało się nerwowe napięcie i jakieś zapamiętanie. Jej głowę spowijały pukle szarych włosów, miała ciemne, głęboko osadzone oczy; wyglądała marnie i niedbale, jak podstarzała, zmęczona, udręczona czymś kobieta. Po śniadaniu rozmawiała ze mną w nader serdecznym tonie – dopiero teraz jak prawdziwa gospodyni; prosiła, bym zasiadał z nimi do stołu, kiedy tylko będę gościł w Meudon etc. Wybieram się tam znów jutro z rana, być może również przez kilka następnych dni – tak nieskończenie wiele to dla mnie znaczy. Jest to jednak okropnie nużące – po pierwsze z powodu liczby rzeźb, po wtóre dlatego, że wszystko mieni się bielą; te oślepiające figury z gipsu zgromadzone w jasnym pawilonie lśnią niczym śnieg. Moje oczy kłują, dłonie przeszywa ból… Przepraszam za ten rozmazany list. Z pewnością zdołasz go odczytać. Po prostu musiałem Ci jeszcze dziś opisać moje przeżycia. To ważne. Bądź zdrowa, moja droga! Kochana i dobra! Ogarnia mnie radość na myśl, że istnieje tak wiele rzeczy wzniosłych, a my odnaleźliśmy do nich drogę skroś szerokiego i trwożnego świata. Oboje. Ucałuj naszą Ruth moimi ustami.

Twój
Rainer Maria

przeł. Dariusz Guzik

{Przekład tego listu, wraz z przypisami tłumacza, został opublikowany w czasopiśmie Topos, nr 5/2008}