Do Klary Rilke, 24 czerwca 1907 roku

Paryż, 29, rue Cassette

Dziś rankiem nadszedł Twój list, wypełniony Twoimi myślami…

Dzieła sztuki są zawsze owocem życia w zagrożeniu, wynikiem podążania za doświadczeniem aż do ostatecznego końca, tam, dokąd żaden człowiek nie jest już w stanie dotrzeć. Im dalej podąża się ową drogą, tym bardziej osobiste, wyjątkowe, niepowtarzalne staje się owo doświadczenie, zaś dzieło sztuki jest koniecznym, nie dającym się stłumić, możliwie ostatecznym wyrazem owej wyjątkowości… W tym kryje się sekret niewyobrażalnej pomocy, jaką dzieło sztuki przynosi temu, kto musi je stworzyć – iż jest ono jego podsumowaniem, paciorkiem różańca, na którym życie twórcy odmawia modlitwę, wciąż powracającym dowodem jego jedności i prawdziwości, acz objawionym wyłącznie jemu samemu, będąc dla innych, na zewnątrz, bezosobowym, bezimiennym, koniecznością jedynie, rzeczywistością, istnieniem.

Zdani jesteśmy zatem na to, by mierzyć samych siebie miarą rzeczy ostatecznych, zarazem jednak zmuszeni bodaj nie wypowiadać, nie dzielić z nikim, nie zdradzać owej ostateczności, zanim nie przyoblecze się ona w kształt dzieła sztuki; albowiem dziełem owym stać się musi w swej wyjątkowości, której nikt inny nie zdołałby pojąć, poniekąd jako osobiste szaleństwo, by w nim się uprawomocnić, by objawić swe znaczenie, niczym znak przyrodzony, który dopiero w przezroczystości dzieła sztuki staje się widzialny. — A mimo to w dwu przypadkach wyznania artysty wydają mi się w pełni uprawomocnione; w obliczu ukończonego dzieła sztuki tudzież w nurcie powszedniego życia, kiedy to człowiek uświadamia sobie, kim się dzięki swej pracy stał, czerpiąc z tego pociechę, siłę i – w najbardziej pokornym znaczeniu tego słowa – podziw. Wszelako w jednym, jak i w drugim przypadku trzeba pokazać  owoce swej pracy, nie jest zaś dowodem braku zaufania, odrzucenia czy wykluczenia, jeśli się nie przedkłada narzędzi swego rozwoju, kryjących w sobie tyleż zamętu, udręki, istotnych jedynie dla osobistego pożytku. Często rozmyślam o tym, jak obłąkańczą byłoby rzeczą, jakże dlań druzgocącą, gdyby van Gogh musiał z kimś dzielić wyjątkowość swej wizji, musiał z kimś roztrząsać motywy, nim wykorzystał je w swych obrazach, owych istnieniach, które całą duszą przyznają mu rację, które zań ręczą, które potwierdzają jego rzeczywistość. Czasem przywoływał je w listach (aczkolwiek pisząc zazwyczaj o dziełach już ukończonych); niemniej, skoro tylko zjawił się Gauguin, ów wytęskniony towarzysz, bratni duch – w przystępie rozpaczy obciął sobie uszy, kiedy obaj byli już skłonni się znienawidzić i strzelić do siebie przy nadarzającej się sposobności. To tylko jedna kwestia: uczucie łączące artystów. Czymś zgoła innym jest obecność żony. Kwestia trzecia (acz jedynie do wyobrażenia jako zadanie dla wyższych roczników) to komplikacje wynikające z okoliczności, że żona także jest artystą. Ach, to zupełnie nowe zagadnienie, a myśli kąsają człowieka ze wszystkich stron, jeśli się w nie choćby i trochę zagłębić. Lecz o tym dość już na dzisiaj. — Mój stosunek do „modeli” z całą pewnością nie jest jeszcze właściwy, szczególnie jeśli się zważy, iż nie potrafię zgoła wykorzystać modeli ludzkich (dowód: wciąż jeszcze ich nie tworzę), i skupiam się całymi latami na kwiatach, zwierzętach i krajobrazach. (Początkowa scena Alkestis jest być może pierwszym krokiem w świat „postaci”).

Jak widzisz… piszę spiesznie, by mieć czas dla innych również rzeczy. Nie oceń źle pośpiechu mego pisma; treść się zeń nie zrodziła, także i sama potrzeba pisania. Egoistycznie ponawiam mą prośbę o szczegóły Twej rozmowy o Rodinie; sam nie wiem, czemu wydaje mi się, że warto by było poznać jej szczegóły…

przeł. Dariusz Guzik

{Przekład tego listu, wraz z przypisami tłumacza, został opublikowany w czasopiśmie Topos, nr 5/2008}