Capri, Villa Discopoli
I znów nastała niedziela, ja zaś wciąż poddaje się radosnemu nastrojowi naszego miłego spotkania, jakbym za chwilę miał Cię znów ujrzeć u stóp Villa Pagano. Kiedy jednak unoszę wzrok, spojrzenie pada na rozłożony przede mną atlas, na wciąż ten sam, znany mi już dobrze obraz, prezentujący się niczym drzewo rodowe, świadectwo długiego niezwykle żywota jakiegoś antenata, które u kresu bujnie się rozgałęzia i poszerza. Wciąż na nowo spoglądam na ów nurt czyniący cuda, i coraz to bardziej zdaje się on odkrywać przede mną historię bogów tej krainy; owo tajemnicze, nigdy nie rozpoznane źródło bóstwa, wytryskające z niewyczerpanych zasobów wysoko położonych jezior, jego długą, władczą, potężniejącą drogę, na której czyniło ono wciąż to samo wobec wszystkiego, co napotkało, i w końcu jego rozpad pośród licznych rozgałęzień, wielu pomniejszych bogów, wśród których niknie, zatraca się, blaknie każda kultura.
Postarałem się o wielkiego Andree i zagłębiam się w tę dziwnie jednolitą kartę; podziwiam bieg nurtu tej rzeki, wijącej się w górę niczym kreska Rodina, pełnej przeobrażonych ruchów, przypominających szew ludzkiej czaszki, o milionie drobnych gestów, którymi zwraca się ona to w lewo, to w prawo, niby ktoś, kto przeciskając się przez tłum, obdarowuje wszystkich wokół, to tu, to tam dostrzegając człowieka spragnionego, i tylko z wolna posuwa się naprzód. — Po raz pierwszy potrafię odczuć rzeczywistość rzeki, jej istotę, realność aż do granic personifikacji, jak gdyby miała ona swój własny los, mroczne narodziny i ogromną, rozgałęzioną śmierć, pomiędzy nimi zaś swoje życie – długi, niesamowity, książęcy żywot, który wszystkich zajmował, każdego, kto znalazł się w jego pobliżu, przez lat tysiące; tak był ogromny, tak wymagający, tak trudny do pokonania. (Jakże bezosobowa była natomiast Wołga, jakże była jedynie bezkresną drogą śród owej wzniosłej krainy, której bóg wciąż jeszcze zewsząd dojrzewa). — Kiedy jednak podążam drogą owego błogosławionego cudotwórcy, mijając nazwiska nabrzmiałe od prastarych znaczeń, niczym odblask jego widzialności i pewności ukazuje się pustynia, niepewna, bez końca i bez początku, niby dzieło nieukończone; przestrzenie, które czasem unoszą się wszędzie, druzgocąc niebo swoją pustką, tkanina prastarych dróg, które znoszą się wzajemnie, morze, którego odpływ odsłania dno, zaś przypływ sięga gwiazd, wznosząc się niczym popędliwa pasja, nieobliczalna, niepojęta, niepowstrzymana. Jeśli się widziało morze i przywykło do nieskończonej obecności niebios, która niczym w lustrze odbija obraz płaskiej ziemi, zaś w innych stronach wspiera się na jej górskich łańcuchach, jeśli się tego wszystkiego pojęło choćby i część, wówczas zostaje jeszcze to jedno, niepojęte: pustynia. Zobaczysz ją. Zobaczysz głowę wielkiego Sfinksa, która z trudem wznosi się ponad wszechobecnym nabrzmieniem, ta głowa i to oblicze, które ludzie zaczęli kształtować w formie i wielkości, którego wyraz wszakże, spojrzenie i wiedza, zostały ukończone z niesłychaną powolnością, stąd jawi się zupełnie inna niźli nasze twarze. My tworzymy obrazy z nas samych, korzystamy z każdej sposobności, by przemienić się w twórców świata, wznosimy rzecz za rzeczą wokół naszego wnętrza – tu zaś istniała rzeczywistość, która poddała się owym rysom, rysom z kamienia. Poranki tysiącleci, naród meandrów, rozbłysk i upadek niezliczonych gwiazd, gwiazdozbiorów wielkie trwanie, żar owych niebios oraz ich rozległość były tam, i były tam zawsze, nie zapomniane, lecz poddane głębokiej obojętności tego oblicza, tak długo, aż zdało się ono patrzeć, aż ukazało wszelkie znaki widzenia tych właśnie obrazów, aż niczym twarz zatraciło się we wnętrzu, w którym wszystko to istniało, sposobność, i żądza, i wszech-konieczność. A wówczas, w chwili, w której wypełniło się wszystkim, co istniało wokół, uformowane przez swe otoczenie, objawiło swój wyraz. Jakby wszechświat posiadł własną twarz, oblicze to odbijało obrazy daleko poza najodleglejsze z gwiazd, tam, gdzie żaden obraz nigdy nie istniał… Powiedz… czy tak właśnie nie jest? Myślę sobie, że tak być musi; nieskończona przestrzeń, przestrzeń, która wybiega poza gwiazdy, musiała, zda mi się, powstać wokół tej figury…
przeł. Dariusz Guzik
{Przekład tego listu, wraz z przypisami tłumacza, został opublikowany w czasopiśmie Topos, nr 5/2008}