Rainer Maria Rilke

Korespondencja

Do Klary Rilke, 24 czerwca 1907 roku

Dzieła sztuki są zawsze owocem życia w zagrożeniu, wynikiem podążania za doświadczeniem aż do ostatecznego końca, tam, dokąd żaden człowiek nie jest już w stanie dotrzeć. Im dalej podąża się ową drogą, tym bardziej osobiste, wyjątkowe, niepowtarzalne staje się owo doświadczenie, zaś dzieło sztuki jest koniecznym, nie dającym się stłumić, możliwie ostatecznym wyrazem owej wyjątkowości… W tym kryje się sekret niewyobrażalnej pomocy, jaką dzieło sztuki przynosi temu, kto musi je stworzyć — iż jest ono jego podsumowaniem, paciorkiem różańca, na którym życie twórcy odmawia modlitwę, wciąż powracającym dowodem jego jedności i prawdziwości, acz objawionym wyłącznie jemu samemu, będąc dla innych, na zewnątrz, bezosobowym, bezimiennym, koniecznością jedynie, rzeczywistością, istnieniem.

Do Klary Rilke, 8 marca 1907 roku

List mój rozminął się w drodze z Twym uroczym opisem przedwieczornych przejażdżek, o których więcej się dowiedziałem z Twoich słów przytomnych, niźli sama przypuszczałaś, spisując je pospiesznie. Twoje notatki są dobre, pewne, zdecydowane; kiedy tak wraz ze mną ponownie się w nie zagłębisz, będziesz zdziwiona, jak wiele się w nich kryje. A wówczas niejedno, mnóstwo, wszystko inne zostanie dopowiedziane, uzupełnione i poszerzone, i być może uda nam się z tego wszystkiego ułożyć podróż egipską, w jaką nikt jeszcze nie zdołał wyruszyć, o jakiej nikt jeszcze nie umiał opowiedzieć. Gromadź wszelkie wrażenia; nie myśl o listach, które muszą je relacjonować i wyrażać w zrozumiały sposób; chwytaj to i owo śpiesznymi ruchami: raptownie przemijające wrażenia, wejrzenia, rozbłyskujące na krótko, migotliwie trwające w Tobie bodaj przez sekundę pod wpływem jakiegoś zdarzenia; wszystko na pozór nieistotne, co częstokroć nabiera znaczenia poprzez chwilową intensywność naszego spojrzenia lub też dlatego, że dzieje się w miejscu, w którym przeistacza się w doskonałość we wszelkiej swej drugorzędności, staje się nieustannie obowiązujące, o głębokim znaczeniu dla osobistego zrozumienia, które rozświetlając nas w tej samej chwili, stapia się z sensem owego obrazu.

Do Klary Rilke, 20 stycznia 1907 roku

I znów nastała niedziela, ja zaś wciąż poddaje się radosnemu nastrojowi naszego miłego spotkania, jakbym za chwilę miał Cię znów ujrzeć u stóp Villa Pagano. Kiedy jednak unoszę wzrok, spojrzenie pada na rozłożony przede mną atlas, na wciąż ten sam, znany mi już dobrze obraz, prezentujący się niczym drzewo rodowe, świadectwo długiego niezwykle żywota jakiegoś antenata, które u kresu bujnie się rozgałęzia i poszerza. Wciąż na nowo spoglądam na ów nurt czyniący cuda, i coraz to bardziej zdaje się on odkrywać przede mną historię bogów tej krainy; owo tajemnicze, nigdy nie rozpoznane źródło bóstwa, wytryskające z niewyczerpanych zasobów wysoko położonych jezior, jego długą, władczą, potężniejącą drogę, na której czyniło ono wciąż to samo wobec wszystkiego, co napotkało, i w końcu jego rozpad pośród licznych rozgałęzień, wielu pomniejszych bogów, wśród których niknie, zatraca się, blaknie każda kultura.

Do Klary Rilke, 5 września 1902 roku

Myślę, że w ostatnich dniach, w czasie mego pobytu u Rodina, niektóre sprawy nabrały dla mnie jasności. Po śniadaniu, spożywanym w równie niespokojnej i dziwnej atmosferze jak to, które Ci niedawno opisałem, poszliśmy z Rodinem do ogrodu; usiedliśmy na ławce, sycąc oczy wspaniałym, rozległym widokiem na Paryż. Wokół panowała uroczysta cisza. W ślad za nami przybiegła dziewczynka (zapewne to córka Rodina), lecz on w ogóle nie zwrócił na nią uwagi. Dziewczynka zaś sprawiała wrażenie, jakby wcale tego nie oczekiwała. Przysiadła w pobliżu na ziemi i ze smutną miną rozgrzebywała powoli żwir wysypany na dróżce, szukając kamyków o dziwnym kształcie. Czasem podchodziła do nas i wpatrywała się w twarz Rodina, pogrążonego w rozmowie, lub też we mnie, kiedy właśnie o czymś opowiadałem. W pewnej chwili przyniosła nam fiołek. Dzierżąc kwiat w swej drobnej dłoni, położyła go nieśmiało na dłoni Rodina, chcąc go niejako złożyć w jego ręce, w jakiś sposób przytwierdzić do jego dłoni. Lecz dłoń ta była niczym wykuta w kamieniu; Rodin spojrzał przelotnie, po czym odwrócił wzrok od tej małej, płochliwej dłoni, od fiołkowego kwiatu, od dziewczynki, od tego przebłysku miłości, błądząc spojrzeniem napełnionym rzeczami, które zdawały się w nim bezustannie przyoblekać w kształt.

Do Klary Rilke, 2 września 1902 roku

Godzina piąta po południu… czy czujesz moją bliskość? Jestem przy Tobie. Właśnie otrzymałem dwa listy skreślone Twą ręką, moja Droga; jeden wypełniają Twe myśli, drugi — załączniki. Dziękuję, Kochana, za wszystkie słowa, które kierujesz do mnie, dźwięczą one we mnie i trwają w oczekiwaniu na następny list, tak iż zawsze przepełnia mnie brzmienie Twego głosu. Dziękuję za rezedę, której urocza woń roznosi się wokół. W niedzielę napisałem do Ciebie dość obszernie, dziś, nim przejdę do moich spraw, pozwól, że wpierw przywołam Twój ostatni list. Burza. Czy aż takie burze huczą na Waszym niebie?! Tutaj również czasem rozlega się grzmot, chmury zasnuwają niebo, po czym zrywa się ulewa; deszcz pluszcze nieprzerwanie, godzina za godziną, a kiedy umilknie, powietrze jest niezmiennie ciężkie i przytłaczające jak ołów. — Pięknie opisałaś burzę; kiedy opowiadasz o takich zjawiskach, potrafisz oddać w pozornie zwięzłej formie nieskończenie wiele z tego, co niewyrażalne — niczym wielki poeta. Niczym poeta kreślący requiem, którym w istocie jesteś. Niech zagości w Was spokój, moje drogie, nie trwóżcie się, uważajcie na siebie. Z każdym zdarzeniem myślę tylko o Tobie i Ruth; i niech spłonie cała ta moja pisanina…

Do Marie von Thurn und Taxis, 11 lutego 1922 roku

Nareszcie, Księżno, nareszcie, błogosławiony, jakże błogosławiony dzień, w którym mogę donieść o ukończeniu — jak mniemam — Elegii: Dziesięć!

Do Marie von Thurn und Taxis, 17 listopada 1912 roku

Droga Księżno, wczoraj pod wieczór nadszedł Pani list; z radością byłbym Pani powiedział bez chwili wahania, jak wyborna jawi mi się Pani «Cortigiana»; lecz znów nastały dla mnie przygnębiające dni, ciążące memu ciału i nerwom. Bez wątpienia to następstwa aklimatyzacji, które musiały przecież nadejść, a teraz ze wzmożoną ostrością dają o sobie znać wskutek zmian pogody. Dostaliśmy się w szpony natarczywego chłodu; nic też mocniej mnie nie dotyka, niczym los, niźli to przenikliwe ziębnięcie, jestem wobec niego bezbronny podobnie jak młody pies, o którym jeszcze nawet nie zdecydowano, jak będzie się zwał. To żałosne. Tym razem jednak nie moja to beztroska sprawiła, iż marznę w mym pokoju; wiem, można by przecież zainscenizować jakowyś ogień w kominku. Wszak to wywołałoby znowuż inne niemiłe uczucia, stąd jednoczę się z przyrodą i ziębnę w dalszym ciągu. Kiedyś czeka mnie za to jakaś sowita nagroda, poniekąd jako zadośćuczynienie za ów dowód szczerości i oddania.

Do Marie von Thurn und Taxis, 13 listopada 1912 roku

Droga Przyjaciółko, pośród miejskiego gwaru i stukotu kroków kreślę dla Pani najpiękniejsze listy, tu zaś, cierpiąc chłód w zamknięciu czterech ścian, staję się ponurym pedantem, pochłoniętym mnóstwem żenujących błahostek — lecz dość wspomnieć, uchowaj Boże, by się o tym rozwodzić; jest tyle spraw godnych opowieści (ach, nie znajdując dla siebie właściwego wyrazu). Jakże rzecz każda naznaczona tu niezwykłością, monumentalnością; nie potrafię sobie zgoła wyobrazić, w jakie słowa tłumaczą to sobie ludzie, na których barki złożono je wszystkie, odarłszy z nieskalanej czystości, w sposób tak bezwzględny, bez jakichkolwiek wątpliwości — to znaczy: jak je postrzegają, co z nimi czynią, jak przeobrażają je w swym wnętrzu.

Do Marie von Thurn und Taxis, w Dzień Zaduszny 1912 roku

Księżno, dla Pani pierwsze słowo, niech będzie to — Nadzieja, i jeśli wolno mi zarazem znów wypowiedzieć życzenie: obym czas długi nie poznał żadnego innego, w tym jednym bowiem pragnę bez lęku zanurzyć się nieskończenie.