Do Anioła

Silny, cichy, na krawędzi postawiony,
ty, świeczniku: noc w górnej połowie.
Roztrwaniamy się w niewyjaśnionej
niepewności na twej podbudowie.

Udział nasz: nie znać wyjścia z ciemności
zwodzącego nam dusze okręgu,
zjawiasz się wśród naszych przeciwności
i oświecasz je jak gór potęgę.

Nas przewyższa blask twojego trwania,
i zaledwie upadek nam pojąć;
jak noc czysta wiosennego porównania
dzielisz dzień od dnia pośrodku stojąc.

Któż by miał kiedykolwiek śmiałość
zmieszać z tobą nasz byt pełen cieni,
ty masz wszystkich wielkości wspaniałość,
kiedy my w małostkach zaprawieni.

Gdy płaczemy, ledwie wzruszający,
gdy patrzymy, wzrok ledwie czuwaniem,
uśmiech nasz zbyt słabo uwodzący,
a gdy wabi, to kto pójdzie za nim?

Ktoś. Aniele, czy się skarżę na pewno?
Lecz czym byłaby ta skarga głucha?
Ach, ja krzyczę, biję drewnem o drewno
i nie myślę, że ktoś mnie wysłucha.

Hałas mój dla ciebie nie mniej mroczny,
jeśliś nie czuł mnie, bo jestem żywym.
Świeć mi, świeć mi, uczyń mnie widocznym
dla gwiazd. Bowiem tam – niknąc odpływam.

{An den Engel, Verstreute Gedichte, przeł. Mieczysław Jastrun}
{Pierwodruk: „Poezje”. Przeł. Mieczysław Jastrun. Kraków 1974, 1987, 1993}

Zimowe stance

Teraz musimy mroźnych dni zwlekanie
przetrwać w oporu zimującej korze,
broniąc się ciągle, nieczuli na wianie
głębokich wiatrów, otwartych w przestworze.
Mocna jest noc, odległe jej stąpanie,
cicha namowa tlącej lampy; może
dasz się pocieszyć: mróz, grudy, zdrętwienie
zwiastują już jutrzejsze miękkie tchnienie.

Czyliś wyczerpał już całkiem róż wonie
zeszłego lata? Odczuj, rozważ w sobie:
porannych godzin świeżość lekko wionie,
krok w pajęczyną zasnutym parowie?
Zapadnij w siebie, porusz, odnów w sobie
radość: w twym wnętrzu zgubił się jej promień.
I gdy dostrzeżesz brak jakiegoś wątku,
ciesz się, że możesz zacząć od początku.

Może gołębi lot i blask nad ranem
i ptaków świr na wpół jak podejrzenie,
spojrzenia kwiatów (zwykle nie widziane),
pachnący domysł przed nocy zbliżeniem.
Boskość natury; nie będąc zrównanym
przez Boga z nią, co pocznie z jej stworzeniem?
Bo kto by ją wraz z jej uciskiem wchłonął,
ten, syty, oddałby się jego dłoniom.

Utaiłby się jak nadmiar i mnogość
nie wierząc w żadnej nowości przyjęcie,
utaiłby się jak nadmiar i mnogość,
nie czując straty, nie wierząc w zniknięcie,
utaiłby się, jak nadmiar i mnogość
z pragnieniem przewyższonym nad pojęcie
i tylko jeszcze odczułby zdziwienie,
że mógł znieść tak ogromne, zmienne nasycenie.

{Winterliche Stanzen, Verstreute Gedichte, przeł. Mieczysław Jastrun}
{Pierwodruk: „Poezje”. Przeł. Mieczysław Jastrun. Kraków 1974, 1987, 1993}

Pont du Carrousel

Szaro na moście stoi ślepiec stary,
jak słup graniczny królestw bez imienia.
On może jądrem jest, środkiem istnienia,
wkoło którego krążą gwiazd zegary,
i konstelacji jasnych centrum cichem.
Bo wszystko przy nim pędzi, błyszczy szychem.

On jest ten święty, który się nie zmienia,
wstawiony w chaos wielu błędnych dróg,
on jest podziemnych pieczar ciemny próg,
stojący pośród płytkiego plemienia.

{Pont du Carrousel z tomu Das Buch der Bilder, przeł. Witold Hulewicz}

Chcemy w noc jasną, księżycową…

Chcemy w noc jasną, księżycową,
porzucić smutek ogromnego miasta,
iść w dal i stanąć przy żelaznych kratach,
co od zakazanego dzielą nas ogrodu.

Któż go pozna teraz, kto go w dzień zobaczył:
dzieci i jasne stroje, kapelusze letnie, –
któż zna go takim: on i jego kwiaty,
i ciche stawy, co leżą bezsennie.

Posągi, co się niemo w mroku kryją,
powstają, zda się, w głuchej ciszy czasem,
i są kamienne bardziej, jaśniej błyszczą
postaci, które strzegą wejścia alej.

Niczym rozwite włosy leżą drogi
jedna przy drugiej, wspólny mając cel.
A księżyc jakby do swych łąk chciał biec;
padają z kwiatów zapachy jak łzy.
Nad fontannami, które wróciły do mis,
drżą mokre ślady ich swawolnej gry
w powietrzu nocy.

{«Wir wollen, wenn es wieder Mondnacht wird…», z tomu «Mir zur Feier», przeł. Andrzej Lam}
{Pierwodruk: „Poezje młodzieńcze i wiersze ze spuścizny”. Przełożył Andrzej Lam. Warszawa 2016}

Przypomnienie

A ty czekasz, ty czekasz na jedno,
co twe życie wzniesie nieskończenie,
na wielkie, niezwykłe zdarzenie,
na kamieni nagłe przebudzenie,
na głębie, co u nóg twych legną.

Zmierzchają na półkach twoich
rzędy ksiąg w brąz oprawnych, złoconych,
a ty myślisz o krajach zwiedzonych,
o obrazach, o strojach
kobiet znów utraconych.

I wiesz nagle: to już kiedyś było.
I podnosisz się. I staje w twych progach
jakiegoś roku, co minął,
Postać, Modlitwa, Trwoga.

{Erinnerung z tomu Das Buch der Bilder, przeł. Mieczysław Jastrun}
{Pierwodruk: „Poezje”. Przeł. Mieczysław Jastrun. Kraków 1974, 1987, 1993}

Początek miłości

O uśmiech, pierwszy uśmiech, nasz uśmiech.
Jakże to się jednało: chłonąć zapach lip,
słuchać ciszy parku –, nagle spojrzeć
na siebie i dziwić się, że uśmiech…

A w tym uśmiechu było wspomnienie
zająca, który właśnie obok
kicał po trawie; to było dzieciństwo
uśmiechu. Poważniej już było mu nadać
ruch łabędzia, ujrzanego potem,
jak dzielił na dwie części staw
w ciszy wieczoru. – A kontur drzewa
na czystym, wolnym, już niemal
nocnym niebie nakreślił temu uśmiechowi
kontur na rozjaśnionej
przyszłością twarzy.

{Liebesanfang, Verstreute Gedichte, przeł. Andrzej Lam}
{Pierwodruk: „Poezje młodzieńcze i wiersze ze spuścizny”. Przełożył Andrzej Lam. Warszawa 2016}