Lat temu siedemdziesiąt dziewięć odszedł poeta…

Przyjdź, ty ostatnie cierpienie, doświadczone,
nieuleczalne w tkaninie ciała:
patrz, jak płonąłem w duchu, tak dziś płonę
w tobie; długo się drewno opierało
pojednaniu z twym płomieniem ciemnym,
teraz cię żywię sobą, w tobie płonę.
W twej zawziętości mój łagodny byt tuziemny
otwiera okrucieństwo piekła nie z tej ziemi.
Zbyt czysty, bez projektów, bez przyszłości
wszedłem na ten spiętrzony stos cierpienia,
pewny, że nigdzie nie kupię przyszłości
sercu, którego zasób pełen był milczenia.
Czy to ja jeszcze płonę bezimiennie?
Nie wciągam do mojego wnętrza wspomnień.
O życie, życie: byt zewnątrz, beze mnie.
Ja w ogniu. Nikt nie wie o mnie.
Wyrzeczenie. To nie jak choroba
niegdyś w dzieciństwie. Odrodzenie. Wymówka,
by wydorośleć. Wszystko szeptało, wabiło.
Nie mieszaj z tym, co dawniej cię dziwiło.
(Ostatni wiersz; Val-Mont, w połowie grudnia 1926 r.; przeł. M. Jastrun)